40 lat odliczania. Europe wróciło do Warszawy z The Final Countdown Tour

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: europe-08


Czterdzieści lat od premiery The Final Countdown Europe postanowiło wrócić do albumu, który uczynił ze szwedzkiego zespołu międzynarodową gwiazdę. Na warszawskim Torwarze 20 października jubileuszowe granie połączone było z przekrojem późniejszej twórczości grupy. Był to mój trzeci koncert Europe w Warszawie, ale pierwszy z takim programem. Na jubileuszową trasę jednak musiałam przyjść, niektórych rzeczy najwyraźniej nie da się sobie odmówić. I nie będę choćby udawać, iż na koncercie najbardziej interesowało mnie to, jak zespół wypada po tych czterdziestu latach. Chciałam po prostu usłyszeć tę płytę na żywo. Całą.

Wieczór rozpoczął kanadyjski The Damn Truth, po raz pierwszy występujący w Polsce. Ciekawe, nieco niepokorne partie gitarowe, dobre brzmienie i wyraźny vibe lat 70. sprawiły, iż był to bardzo przyjemny support. Zespół gwałtownie złapał kontakt z publicznością. Warszawa, are you ready? – pytali, a później zachęcili wszystkich do tak głośnego krzyku, żeby Europe słyszało nas choćby na backstage’u. Była energia, były zabawy w echo i kilka numerów, jak „All Night Long”, „Lonely” czy „Tomorrow”, które dobrze rozgrzały publiczność przed gwiazdą wieczoru.

A potem na scenie pojawiło się Europe. „Scandinavian Eyes” z najnowszego albumu Come This Madness rozpoczęło koncert i od razu było wiadomo, iż nie będzie to po prostu wieczór złożony z największych przebojów. „Walk the Earth”, „Superstitious”, „One on One”, „Prelude”, „Last Look at Eden”, „War of Kings”, „Prisoners in Paradise”, „The Cult of Ignorance” i „On Broken Wings” pokazały różne etapy działalności zespołu i przypomniały, iż jego historia zdecydowanie nie kończy się na 1986 roku.

Joey Tempest od początku miał dobry kontakt z publicznością. Jak się masz, Warszawo? – zapytał po polsku, wywołując entuzjastyczną reakcję. Później jeszcze przyznał, iż nauczył się trochę naszego języka. I chyba rzeczywiście coś z tego polskiego zostało, bo w pewnym momencie podsumował atmosferę jednym, bardzo konkretnym: Zajebiście!

Pierwsza część koncertu była jednak dopiero rozgrzewką. Kiedy Europe przeszło do utworów z albumu The Final Countdown, atmosfera wyraźnie się zmieniła. „Rock the Night” od razu porwało publiczność. Śpiewali wszyscy, a choćby gdy piosenka już się skończyła, ludzie pod sceną śpiewali dalej i wcale nie zamierzali przestać. Na chwilę dołączyła perkusja i wyglądało to tak, jakby wszystkim było mało. Kiedy więc przyszła pora na wzruszającą „Carrie”, znowu śpiewała cała hala, szczególnie podczas refrenu. Patrząc na to wszystko z trybun, trochę żałowałam, iż nie jestem tam, na dole, w samym środku tego zamieszania. Pod sceną ludzie bawili się znakomicie, podczas gdy trybuny sprawiały wrażenie znacznie spokojniejszych.

Po tych dwóch przebojach przyszedł czas na kolejne utwory z albumu: „Danger on the Track”, „Ninja” i „Cherokee” przyniosły mocne momenty. Były też chwile bardziej nastrojowe. „Time Has Come” pozwoliło na chwilę zwolnić, a Joey sięgnął po gitarę i dołączył do muzyków. Przy „Heart of Stone” znów zrobiło się bardziej klimatycznie. W międzyczasie Tempest wrócił wspomnieniami do czasów, jak w San Francisco pracowali nad albumem i podkreślił jak długa droga dzieli tamten moment od dzisiejszego koncertu. Wspominał też własne początki, kiedy jako piętnastolatek na koncercie zobaczył muzyka, który później stał się jego kolegą z zespołu. Z kolei „On the Loose” i „Love Chaser” prowadziły koncert już wprost do utworu, na który chyba wszyscy czekali najbardziej…

Na zakończenie przyszło finałowe odliczanie. Intro „The Final Countdown” jak zawsze zabrzmiało tak, iż trudno było zachować obojętność. Publiczność zaczęła sama śpiewać zwrotkę i dopiero po kilku wersach dołączył Joey Tempest… Doskonale pamiętam emocje, jakie ten utwór wywołał we mnie, kiedy usłyszałam go po raz pierwszy. I choć minęło kilka dekad, przez cały czas mam ten dreszczyk za każdym razem, kiedy słyszę pierwsze dźwięki. Można powiedzieć o nim wszystko: iż jest monumentalny, charakterystyczny, przesadzony, nieodłącznie związany z estetyką lat 80. A można też słyszeć go po raz tysięczny… i wiedzieć, iż nigdy się nie znudzi.

Relacja: Anka

@Organizator Live Nation Polska

Idź do oryginalnego materiału