Anna Mucha dla naTemat: "Czuję się wykorzystana". Witamy w koszmarze, gwiazdy już tam są

natemat.pl 3 godzin temu
– Czuję się wykorzystana i – co najgorsze – bezradna. Czuję się źle przede wszystkim ze względu na ludzi, którzy mogą w to uwierzyć. Na społeczne zaufanie pracuje się latami, a ono zostaje wykorzystane w sposób absolutnie bezprawny i brutalny – mówi w rozmowie z naTemat aktorka Anna Mucha. U boku prezenterki Małgorzaty Rozenek i popularnej dietetyk klinicznej dr n. med. Hanny Stolińskiej "zachwala" żelatynę batriatyczną. Żadna z nich nie brała udziału w nagraniach. Wszystkie stały się ofiarami okrutnego deepfake’u.


Przekonują, iż "trik z żelatyną" odmieni życie tysięcy kobiet. Ich już odmienił, dlatego dzielą się radą z innymi. Kuszą obietnicą. Nęcą wizją spektakularnej przemiany: błyskawicznej i niewymagającej wysiłku: "Domowa metoda bez diety i ćwiczeń. Tak spalasz tłuszcz, podczas gdy inni liczą kalorie": krzyczy nagłówek "reklamy".

Dla dr n. med. Hanny Stolińskiej, cenionej dietetyk, kontakt z tym materiałem był wstrząsem. Zobaczyła cyfrową wersję siebie obiecującą spadek 25 kg w trzy miesiące.

Ktoś wykradł jej wizerunek z podcastu i sklonował głos, by zachwalał podejrzane produkty.

– Czuję wszystkie negatywne emocje naraz – wyznaje dr n. med. Hanna Stolińska. – Człowiek robi tak dużo rzeczy pro bono, edukuje, a potem zostaje tak cynicznie wykorzystany. W takich momentach tracę chęć do robienia czegokolwiek. Przecież to jest mój dorobek naukowy, mój autorytet. Nie pozwolę, by oceniano mnie przez pryzmat jakiejś oszukanej galaretki.

To właśnie znana dietetyk poprosiła nas o zajęcie się tą sprawą.

O tym, iż razem z Anną Muchą i Małgorzatą Rozenek "reklamuje" żelatynę bariatryczną, dowiedziała się od swoich klientek i obserwatorek.

Wiele z nich w wygenerowaną, fałszywą treść, uwierzyło. Jedne już wydały setki złotych na odchudzający środek, inne dopytują w wiadomościach prywatnych jak go zdobyć.

"Chciałam zastosować pani kurację, bardzo proszę o pomoc" – takie wiadomości od seniorek dr n. med. Stolińska dostaje niemal codziennie.

Równolegle płyną sygnały od osób bardziej ostrożnych, które jako pierwsze podniosły alarm i ostrzegły ją przed krążącym w sieci scamem.

Oglądam nagranie ekranu telefonu, które przesłała nam dr n. med. Hanna Stolińska. Samego źródła – aktywnego linku do reklamy – nie mogę namierzyć.

Dietetyk tłumaczy, iż na tym właśnie polega perfidia tego procederu: dotarcie do korzeni oszustwa graniczy z cudem. Reklamy są precyzyjnie targetowane i błyskawicznie usuwane, by nie zostawiać po sobie żadnych śladów.

– To jest adekwatnie nieuchwytne. Sama nie byłam w stanie na to trafić w sieci. Musiałam prosić ludzi, by przesyłali mi screeny i nagrania swoich telefonów, gdy tylko reklama wyświetli im się na profilu – tłumaczy.

Oszuści stosują sprytne metody, by omijać systemy moderacji i zabezpieczenia platform społecznościowych. To swoista gra w kotka i myszkę z algorytmami Mety.

Ekspertka nie szczędzi krytyki pod adresem gigantów technologicznych. Jej zdaniem problem leży u źródła – w systemie moderacji treści. – Meta nic z tym nie robi, bo na tym zarabia. Facebook po prostu na tym zarabia – podkreśla dobitnie.

Głos, który nie należy do nich


Kłamstwo ma także barwę głosu Małgorzaty Rozenek-Majdan i jej twarz.

"Jedyną rzeczą, jakiej używam, to trik z żelatyną. Osobiście od doktor Stolińskiej. Ona sama mi go dała" – słyszymy precyzyjnie wygenerowane zapewnienie.

Sama zainteresowana o istnieniu nagrania dowiaduje się ode mnie. Reaguje krótko:


– Absurd.

– Ja choćby nie znam dr Stolińskiej – prostuje prezenterka. – Dziś standardy reklamowe, nadzorowane przez UOKiK, są jasne i restrykcyjne. Fakt, iż ktoś tak bezkarnie podszywa się pod mój głos, jest szokujący. Niestety, osoby rozpoznawalne są już do takich sytuacji niemal przyzwyczajone. Wcześniej próbowano mnie już łączyć z kryptowalutami i innymi produktami, z którymi nie mam nic wspólnego.

Małgorzata Rozenek-Majdan zwraca uwagę na powtarzalny i wyjątkowo trudny do zwalczenia schemat działania oszustów.

– Nie ma jednego źródła, wszystko jest rozproszone po wielu serwerach. To kampanie, które pojawiają się agresywnie na kilka tygodni i natychmiast znikają – tłumaczy. – Jedyne, co mogę w tej sytuacji doradzić innym ofiarom, to nagrywanie własnych oświadczeń wideo z jasnym komunikatem: "to jest oszustwo". To jedyna realna forma zabezpieczenia i dowód na to, iż zrobiło się wszystko, by ostrzec swoich odbiorców.

Prezenterka wie, iż trudno wymagać od wszystkich odbiorców pełnej cyfrowej świadomości. To właśnie ten brak czujności generuje największe niebezpieczeństwo.

– To bardzo przykra sytuacja, szczególnie iż takie produkty mogą być po prostu szkodliwe dla zdrowia. Ja choćby nie wiem, co to za "żelatyna" – przyznaje.

Dietetyk dr n. med. Stolińska: – Ofiarami są zwykle osoby starsze. To one najczęściej do mnie dzwonią, dopytują o szczegóły "kuracji".

Czy osoby, które uwierzyły w te reklamy i kupiły cudowną żelatynę na odchudzanie, mają jakiekolwiek szanse na odzyskanie pieniędzy? – z tym pytaniem zwracam się do mec. Macieja Kubiaka.

– Na tym etapie najrozsądniejszą drogą jest zawiadomienie organów ścigania o oszustwie. Alternatywą jest próba dochodzenia odszkodowań od podmiotów, które z tych reklam czerpią realne korzyści, choć muszę przyznać, iż to droga znacznie dłuższa i trudniejsza – mówi wprost.

Pytam Małgorzatę Rozenek o konkretne kroki. Czy planuje podjąć działania prawne?


– Zastanawiam się nad zgłoszeniem – odpowiada.

Dodaje jednak z nutą realizmu: – Natomiast praktyka pokazuje, iż tego typu sprawy nie zawsze są traktowane przez organy ścigania priorytetowo.

Mec. Maciej Kubiak, adwokat: – Z takim podejściem absolutnie się nie zgadzam i uważam je za głęboko niesłuszne. Argument o niskiej szkodliwości zupełnie mnie nie przekonuje. Przecież to jest perfidne wykorzystywanie popularności osób publicznych do naciągania ludzi często znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej lub mniej wyedukowanych cyfrowo. To generuje ogromną szkodę społeczną.

Prawnik zwraca uwagę, iż konsekwencje uderzają nie tylko w oszukanych, ale i w osoby, których twarze bezprawnie wykorzystano:

– Mało tego, dla samych osób, których wizerunek wykorzystano, to również nie jest bagatela. Ktoś pracuje na swoje nazwisko przez dekady, a nagle zostaje twarzą oszustwa. To niszczy reputację i wpływa na to, jak dana osoba jest postrzegana przez opinię publiczną.

Mecenas Kubiak podkreśla też, jak wielką stratą dla profesjonalisty jest utrata zaufania:


– W wielu zawodach nieposzlakowana opinia jest kluczowym kapitałem – bez niej nie da się odnosić sukcesów. Mówienie w takim kontekście, iż "nic się nie stało", jest po prostu błędem.

Anna Mucha: "Jako mała muszka nie mam szans"


Cyfrowy sobowtór aktorki Anny Muchy zachwala we wspomnianej reklamie "21-dniową kurację żelatyną": "Obudziłam się rano, spojrzałam na siebie i poczułam się obca, opuchnięta we własnym ciele, jakbym utknęła w miejscu. Jeden przepis z żelatyną i 21 dni. I tyle" – mówi wygenerowany głos.

Dzwonię do aktorki. Pytam wprost, czy natrafiła na scam ze swoim wizerunkiem i głosem wygenerowanym przez Al.

Odpowiada, iż o oszustwie dowiedziała się od fanów. – Ludzie przesyłają mi te publikacje przez Instagram, więc mam świadomość, iż to krąży w sieci – mówi aktorka. – Przy czym nie jest to ani pierwsza, ani jedyna taka sytuacja w ostatnich latach. Ten materiał jest tak samo podrobiony i fałszywy jak poprzednie. Ja to widzę od razu, ale inni mogą nie mieć tej pewności.

Jak się z tym czuje? Ktoś wykradł fragment jej programu, sklonował jej głos i włożył w jej usta słowa, których nigdy nie wypowiedziała. Co gorsza – zrobił z tego dochodowy biznes.

– Przede wszystkim czuję się wykorzystana i – co najgorsze – bezradna – odpowiada szczerze. – Czuję się źle przede wszystkim ze względu na ludzi, którzy mogą w to wierzyć. To jest dla mnie największy problem.

I dodaje: – Mój wizerunek i wiarygodność to mój najcenniejszy "majątek". Na społeczne zaufanie pracuje się latami. Ludzie mają prawo mi ufać, a to zaufanie zostaje wykorzystane w sposób absolutnie bezprawny i brutalny.

Dr n. med. Hanna Stolińska na własną rękę próbowała zdemaskować oszustów.

– Zadzwoniłam na stronę. Można było tylko zostawić numer. Oddzwonili, udawałam klientkę. Podałam fałszywy numer, oni za każdym razem dzwonili z innego. Kontaktowaliśmy się z InPostem, żeby sprawdzić nadawcę, ale oni też rozłożyli ręce.

W końcu poszła na policję.

– Odsyłano mnie z kwitkiem na kilku komendach. Słyszałam, iż czas oczekiwania na samo przyjęcie zgłoszenia to kilka godzin. Usłyszałam choćby pytanie: "Ale pani naprawdę chce to zgłaszać?". W końcu, z braku sił, złożyłam zawiadomienie przez Profil Zaufany – wspomina.

Mimo rzucanych pod nogi kłód nie zamierza odpuszczać: – Chcę to nagłośnić, żeby ludzie nie dawali się nabrać. Nie chcę też, by ktoś miał do mnie pretensje, iż wyłudziłam pieniądze.

To poczucie osamotnienia w walce doskonale rozumie Anna Mucha.

– Nie mam żadnych narzędzi, żeby tych ludzi złapać, pociągnąć do odpowiedzialności czy zmusić do usunięcia materiału. Jako jednostka jestem bezbronna. System jest po prostu niewydolny. Nie daje rady. Albo uczy się dopiero na konkretnych przykładach i żywych osobach: na mnie, na Małgosi Rozenek czy paru innych – punktuje aktorka.

– Może nadzieją są nowe regulacje? Prawo w końcu stanie się bardziej "czułe" na takie nadużycia? – myślę na głos.

Anna Mucha patrzy na to sceptycznie. – choćby jeżeli wprowadzimy restrykcyjne prawo w Unii Europejskiej, to co z tego, skoro firma-krzak jest zarejestrowana na Kajmanach, Bahamach czy na Cyprze? Ja z pozycji "małej Muchy" nie mam narzędzi, by ich wyśledzić. Policja pewnie ma opcje, by sprawdzić IP, ale co z tego, skoro dochodzimy do ściany pod hasłem "niska szkodliwość czynu"?

– Co możemy zrobić, jeżeli firma-krzak jest na drugim końcu świata? – pytam wprost mec. Macieja Kubiaka.

– Naturalnym odruchem jest szukanie zamawiającego reklamę, ale rzeczywiście, ustalenie, kto za tym stoi, bywa trudne przez nieprawidłowe dane czy zagraniczne adresy. Jednak odpowiedzialność rozciąga się szerzej. Może ją ponieść agencja reklamowa, która taki materiał przygotowała, o ile przy dołożeniu staranności powinna mieć świadomość, iż bierze udział w nielegalnym procederze.

Jak dodaje prawnik, prawdziwy przełom następuje jednak na innym polu – w możliwościach uderzenia w platformy, które te treści wyświetlają i na tym zarabiają:

– Przez długi czas platformy zasłaniały się statusem tzw. "bezpiecznej przystani" (safe harbour), twierdząc, iż są tylko pasywnym hostingodawcą. Tyle iż unijne przepisy DSA oraz rozwój technologii zmieniają zasady gry. jeżeli rola platformy jest aktywna – a staje się taka, gdy daje ona narzędzia do tworzenia reklam, promuje je, dobiera słowa najważniejsze i wspiera proces budowania zasięgów, a dodatkowo po uzyskaniu wiarygodnej informacji nie uniemożliwia dostępu do takich treści – to traci prawo do wyłączenia odpowiedzialności.

Mecenas Kubiak tłumaczy również, iż w walce z nieuczciwymi reklamami można wykorzystać bardzo konkretne instrumenty:

– Dostępne są również środki prawne pozwalające na szybkie reagowanie, takie jak wniosek o zabezpieczenie roszczeń, który może doprowadzić do tego, iż sąd zobowiąże platformę do czasowego zablokowania emisji określonych reklam na czas trwania postępowania.

Najbardziej uderzające dla aktorki jest zderzenie z polskim wymiarem sprawiedliwości, który wydaje się nie nadążać za cyfrową rzeczywistością.

Mucha przywołuje sytuację procesową z Pauliną Smaszcz, która stała się dla niej symbolem systemowego niezrozumienia problemu.

– Próbowano argumentować, iż upublicznienie moich danych osobowych i naruszenie RODO trwało na profilu "tylko trzy sekundy", więc to żaden problem, bo mało kto przeczytał. Musiałam w sądzie tłumaczyć, iż te trzy sekundy w sieci nie giną. Tysiące ludzi robią screeny i mogą wykorzystać te dane w dowolny sposób. System nie jest w stanie udźwignąć faktu, iż jesteśmy oszukiwani "własnymi rękami" i naszą wiarygodnością. jeżeli dla sądu argumentem jest krótki czas publikacji, to znaczy, iż absolutnie nie rozumie on realiów cyfrowego świata.

Zauważa, iż kiedyś oszustwa były łatwe do zdemaskowania.

– Pamiętam spreparowane zdjęcie: moją głowę doklejoną do kadru z filmu dla dorosłych. To była toporna robota, śmiałam się z tego. Żartowałam, iż rozpoznałabym fake po tym, iż w życiu nie założyłabym takich butów. Wtedy każdy, kto miał pojęcie o nieudanym Photoshopie, widział marną ironię – wspomina.

Katarzyna Skrzynecka: "Oszuści budują biznes na zaufaniu"


Podobną batalię, choć z innej perspektywy, od lat toczy Katarzyna Skrzynecka. Aktorka i piosenkarka mierzy się z plagą fałszywych reklam środków odchudzających, które uderzają w całe środowisko show-biznesu.

– Ta kampania jest zakrojona na ogromną skalę. Wykorzystano w niej mnie, Kasię Cichopek i Martynę Wojciechowską – wylicza. – To sprawa sprzed dwóch lat, która wciąż jest prowadzona przez policję i prokuraturę.

Dla Skrzyneckiej sprawa ma wymiar przede wszystkim etyczny. Oszuści budują swój biznes na kapitale, którego nie da się kupić: na zaufaniu.

– To ogromne zagrożenie dla konsumentów. Widząc zdjęcie osoby wiarygodnej, którą lubią i szanują, ludzie zakładają, iż nigdy nie poleciłaby ona podejrzanych produktów. Niestety, wierzą w to, klikają w linki i kupują preparaty, które mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia, a choćby życia. Nie wolno w to klikać! – apeluje gwiazda.

Aktorka wypracowała własny system walki. Gdy tylko pojawia się nowa fala oszustw, natychmiast uruchamia mechanizmy ostrzegawcze.

Anna Mucha również ostrzega swoich fanów przed fałszywymi treściami. Ale punktuje też paradoks tej walki.

– Mam świadomość, iż po pierwsze: nigdy nie dotrę do wszystkich, których namierzą algorytmy oszustów. Po drugie: boję się, iż każde moje publiczne sprostowanie dodatkowo napędza ten algorytm. Mówienie o tym, publikowanie zdjęć tego scamu, tylko mieli mój wizerunek dalej i wypluwa go w kolejnych odsłonach.

Z kolei Skrzynecka nie traci wiary w skuteczność organów ścigania.

– Byłam już kilkakrotnie na przesłuchaniach. Uważam, iż policja dokłada wszelkich starań i dysponuje coraz nowocześniejszymi środkami. Oszuści liczą na to, iż przenosząc się między serwerami, pozostaną nieuchwytni. To błąd. Informatycy śledczy mają swoje metody na osoby, którym wydaje się, iż są nietykalne. Na szczęście rzeczywistość pokazuje, iż nikt w sieci nie jest anonimowy na zawsze.

Policja: "Nieuchwytni? Tylko do pierwszego spotkania z nami"


O tym, iż prawo stoi po stronie poszkodowanych, zapewnia kom. Marcin Zagórski, rzecznik prasowy Komendanta Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości. Według niego wachlarz narzędzi uderzających w oszustów jest szeroki.

– jeżeli ktoś bezprawnie wykorzystuje czyjś wizerunek w reklamie, mówimy o złamaniu ustawy o prawie autorskim i ochronie wizerunku. W takiej sytuacji osoba poszkodowana może wystąpić z roszczeniem cywilnym i finansowym – wyjaśnia komisarz.

Zaznacza przy tym, iż odpowiedzialność karna jest dobierana do konkretnego czynu: – Katalog Kodeksu karnego jest szeroki, a za samo oszustwo grozi do 8 lat więzienia.

– Sprawcy są jednak nieuchwytni – oponuję, mając w pamięci wysłuchane historie.

Komisarz Zagórski odpowiada z dużą pewnością: – Sprawcy są nieuchwytni tylko dopóki nie spotkają się z policjantami.

Pytam rzecznika o brutalne zderzenie z systemem, którego doświadczyła dietetyk Stolińska – odsyłanie z kwitkiem od komendy do komendy.

– Czy policjant w małej jednostce w ogóle wie, co zrobić z deepfake’ami?

– Pomoc można uzyskać na każdej komendzie w Polsce – deklaruje kom. Zagórski. – Wyznaczyliśmy specjalne dyżury policjantów, którzy pełnią role doradców. W momencie, gdy funkcjonariusz na miejscu przyjmuje zgłoszenie, ma możliwość skontaktowania się bezpośrednio z naszym biurem. To wsparcie techniczne dotyczy całej Polski.

Według rzecznika system jest zaprojektowany tak, by lokalny funkcjonariusz nie zostawał sam z problemem. Może skonsultować sprawę z ekspertami CBZC, zapytać, jak zakwalifikować czyn i na co zwrócić uwagę już na etapie zawiadomienia.

Dalsza część tekstu poniżej


Czy prawo daje nam jakiekolwiek realne narzędzia, by walczyć o wizerunek, który ktoś po prostu wygenerował w AI? – upewniam się w rozmowie z mec. Maciejem Kubiakiem.

– Spójrzmy na to najpierw szerzej, bo mamy tu do czynienia z działaniem bezprawnym na wielu płaszczyznach jednocześnie. Niezależnie od tego, czy ktoś wykorzystał prawdziwe nagranie w nowym kontekście, czy stworzył deepfake dzięki sztucznej inteligencji, takie działanie uderza w prawo do wizerunku wynikające wprost z prawa autorskiego oraz zwykle też w inne dobra osobiste: dobre imię, nazwisko czy godność – wylicza.

I ciągnie dalej:


– Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. To przede wszystkim nieuczciwa praktyka rynkowa, która wprowadza konsumentów w błąd i może powodować podjęcie decyzji, których normalnie by nie podjęli. Bardzo często będziemy mieć do czynienia również z czynem nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy, naruszaniem zbiorowych interesów konsumentów, a w mojej ocenie – nierzadko po prostu oszustwem w rozumieniu Kodeksu karnego. To jest przestępstwo.

Dla osób publicznych każda kolejna godzina emisji fałszywej reklamy to nie tylko wymierna strata wizerunkowa, ale przede wszystkim realny dramat kolejnych oszukanych osób. W świecie, gdzie technologia potrafi podrobić wszystko, naszą jedyną bronią pozostaje sceptycyzm.

– Musimy wyrobić w sobie zupełnie nowy rodzaj krytycyzmu wobec tego, co widzimy w sieci. Musimy się tego po prostu nauczyć. Narzędzia, którymi dysponują oszuści, stają się coraz inteligentniejsze – podsumowuje gorzko Anna Mucha.

Zwróciłam się do zagranicznych firm oferujących wspomniane produkty z prośbą o odniesienie się do zarzutów dotyczących bezprawnego wykorzystania wizerunku osób publicznych. Kontakt z podmiotami jest utrudniony, a moja prośba o komentarz – mimo podjętej próby – na razie pozostaje bez odpowiedzi.

Idź do oryginalnego materiału