Billie Eilish – Hit Me Hard and Soft: The Tour – recenzja filmu

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Billie Eilish łączy siły z Jamesem Cameronem, aby stworzyć widowisko, jakiego świat nie widział. Film Hit Me Hard and Soft: The Tour z trasy artystki od początku był zapowiadany jako wyjątkowe wydarzenie. To szczególnie pokazy 3D miały przyciągać uwagę. Czy koncertowy dokument spełnia jednak oczekiwania bez tej technologii?

Docelowym miejscem pokazów Billie Eilish – Hit Me Hard and Soft: The Tour są kina z projekcjami w trójwymiarze. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, jak duet Eilish-Cameron sprawdzi się bez tego elementu. W końcu polskie multipleksy udostępniają film również bez przymusu zakładania specjalnych okularów. Osobiście ta kwestia mi często doskwiera ze względu na noszenie okularów korekcyjnych, ale także na występujące po takich pokazach bóle głowy. Tych i tak nie zabrakło. To już jednak kwestia tego, iż koncert artystki „przebodźcowuje w najlepszy możliwy sposób”, co Billie sama podkreśla.

fot. materiały prasowe

Film Hit Me Hard and Soft: The Tour będę oceniać z dwóch perspektyw – dokumentalnej i widowiskowej. Zdecydowanie górę bierze ta druga, ale obydwie mają ze sobą relację symbiotyczną – bez siebie nie działałyby tak dobrze. Choć duet popełnił kilka błędów, co momentami obniżało mój zapał, produkcja jest satysfakcjonującym substytutem dla tych, którzy na prawdziwy koncert wybrać się nie mogli.

Sam koncert jest imponujący w rozmachu, mimo iż nie ma tu tancerzy i innych wymysłów. Billie Eilish daje wystarczający pokaz swoich umiejętności performatywnych, wokalnych i muzycznych. Od artystki biją prawdziwe emocje, którymi pochłania widza. Tu zwycięża moment, w którym Billie chwyta za kamerę i bezpośrednio pokazuje swoją „emo” stronę. I trzeba przyznać, iż od strony warsztatu operatorskiego jest tu nietuzinkowo. Cameron ewidentnie się bawił, co ujawniły również materiały zakulisowe. Zdjęcia były dopasowane do każdego utworu. Gdy rozbrzmiewało Chihiro czy bad guy pojawiała się różnorodność – widzimy bawiących się fanów, skaczącą Billie, szerokie i bliskie plany. Z drugiej strony przy when the party’s over jest spokojniej. Oglądamy długie i płynne ujęcia albo kilka kadrów na płaczących koncertowiczów.

Niestety nie zawsze jest idealnie. Przynajmniej na początku koncertu kamera często gubi ostrość. I choć przy dokumencie jest to zrozumiałe, tak dzieje się to notorycznie i odbiera przyjemność z oglądania. Później problem na szczęście znika.

fot. materiały prasowe

Wspomniane „przebodźcowanie” zawiera się bez dwóch zdań w oświetleniu sceny. Artystka podkreślała, iż dla niej każda nuta ma swój kolor, co odzwierciedlono podczas koncertu. W związku z tym What Was I Made For z racji konotacji z filmem Barbie było oświetlone stałym różem. Natomiast bury a friend zyskało barwę czerwoną, która chaotycznie rozświetlała Co-op Live w Manchesterze. zwykle oświetlenie tworzy cudowne kontrasty z latarkami na widowni i momentami zbliża się wręcz do artystycznego. Całość zaprzepaszcza jednak płaska biel, która pojawia się m.in. podczas utworu The Greatest. Zamiast zbliżać nas do Billie w tak intymnym kawałku, przypomina o tym, iż to wciąż tylko koncert na ekranie.

Wisienką na torcie, ale raczej gnijącą, jest udźwiękowienie. Najważniejszy element na koncercie został (przynajmniej w wersji filmowej) zrealizowany po prostu źle. Oczywiście świat nie jest czarno-biały, więc bywają lepsze i gorsze momenty, ale w ogólnym rozrachunku artystkę po prostu słabo słychać. Przy bardziej energicznych utworach głos Billie przykrywają instrumenty, a słowa stają się niezrozumiałe. Ratuje to jednak niesamowity wokal artystki.

fot. materiały prasowe

Najlepiej na odbiór wpływał jednak montaż, który zrealizowany jest sprawnie i z wyczuciem. Koncert pojawia się wymiennie z materiałami zakulisowymi. Tym samym fragmenty dokumentalne pełnią funkcję przerywnika, który pozwala odpocząć od wielkich emocji. Równocześnie taki przerywnik swoim przesłaniem zapowiada kolejne utwory. Fragmenty te mają raczej surowy klimat – bez pięknego oświetlenia czy ustawionych kadrów. Ujawnia się w nich sam James Cameron, a całość ma często wydźwięk autotematyczny.

Wspomniana surowość stanowi bardzo mocny kontrast między performatywnym koncertem, a codziennym życiem Billie Eilish. To dość ryzykowne posunięcie, które mogło bardzo wybijać z rytmu pragnących wrażeń fanów. Myślę jednak, iż twórcy zadbali o montaż prowadzony emocjami, co nadało płynności całej fabule. Mimo to nie zawsze te materiały spełniają swoją rolę w poznawaniu głównej bohaterki Hit Me Hard and Soft. Faktycznie czasem dostajemy przyjemne ciekawostki o Billie, jak „puppy room” czy moja ulubiona scena budzenia fanów spod Co-op Live. Niemniej część scen była zwykłymi wypychaczami, które nie wprowadzały żadnego novum do życiorysu artystki.

Obnażają to szczególnie krótkie wywiady, a raczej sondy, z czekającymi na koncert fanami. Brakowało tu chęci na znalezienie głębszych powodów, dla których śledzą artystkę. W ten sposób ogromny potencjał emocjonalny zamienia się na publicystyczny frazes. I to samo tyczy się często rozmów z samą Billie. Cameron ma wyczucie do budowania wciągających narracji, ale brakuje mu dociekliwości.

fot. materiały prasowe

A propos narracji, pod tym względem elementy dokumentalne wspaniale dopełniają całe widowisko. Udało się tu znaleźć bliską historię rodzeństwa, którego drogi zaczynają się rozdzielać. Wątek Billie i Finneasa to szczera miłość, opowieść o wdzięczności i tęsknocie, która wylewa się z ekranu. Stanowi to fundament całej produkcji zaraz obok relacji artystki z fanami, która, jak wspomniałem, nie zawsze jest w pełni dobrze zrealizowana.

Billie Eilish – Hit Me Hard and Soft: The Tour to nie tylko technologiczne widowisko. Trójwymiarowy obraz nie jest wymagany, aby czerpać z filmu to, co najważniejsze – emocje. To wciąż bijąca ciepłem opowieść, która hipnotyzuje zarówno formą, jak i treścią. Choć narracyjnie nie zawsze wszystko się udaje, znajdziemy tu wzruszenia, śmiech, a choćby strach. Od strony technicznej sceny z koncertu potrafią rozmachem dorównać choćby produkcjom fabularnym, takimi jak Michael czy Bohemian Rhapsody. Bywa, iż jednak światło czy udźwiękowienie utrudnia odbiór i zabawę. Ostatecznie warto się wybrać na takie przeżycie do kina, choć zdecydowanie lepszym doświadczeniem byłby koncert na żywo. Natomiast fani tradycyjnego, płaskiego ekranu, nie muszą martwić się brakiem przyjemności z oglądania filmu w 2D.


fot. główna: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału