Blade Runner. Tokio Nexus. Tom 1. Odejdź w pokoju – recenzja komiksu. Kto? Co? Jak?

popkulturowcy.pl 23 godzin temu

Blade Runner to legendarne uniwersum filmowe, które doczekało się sporej ilości komiksów osadzonych w świecie. Kiedy sięgnęłam po album z serii Tokio Nexus, nie spodziewałam się, iż niemal przez cały czas będę się zastanawiać o co tak adekwatnie w tym chodzi.

Blade Runner. Tokio Nexus. Tom 1. Odejdź w pokoju to zbiór czterech zeszytów z serii. Nie jest to pozycja nowa, ale wznowiona. Jakoś nigdy ogromną fanką uniwersum Blade Runner nie byłam, ale jakiś tam sentyment do filmu z Harrisonem Fordem jednak mam. Z ciekawością sięgnęłam więc po wspomniany wyżej komiks. Jednak dość gwałtownie poczułam, iż wylewa mi się na głowę kubeł naprawdę lodowatej wody. Po pierwsze całość jest niesamowicie krótka i spędziłam przy albumie zdecydowanie mniej czasu niż podejrzewałam, iż spędzę, a po drugie… kto? Co? Jak? Dlaczego? Nic z tego nie rozumiem…

Strona komiksu Blade Runner. Tokio Nexus. Tom 1. Odejdź w pokoju

Nie zaczęło się źle. Blade Runner. Tokio Nexus na początku prezentuje wstęp, w którym krótko tłumaczy co się dzieje w uniwersum. Następnie od razu z grubej rury rozpoczyna się akcja. Walki, strzały, ucieczki, krew – tego akurat w komiksie nie brakuje. Jednak odczuwalne jest to, iż akcja pędzi do przodu tak bardzo po omacku i na oślep, iż naprawdę trudno się połapać kto jest kim i o co w tym wszystkim chodzi. Szczerze mówiąc, nie rozumiem do czego to wszystko dążyło i tym samym ciężko jest mi ocenić Blade Runner. Tokio Nexus w jakiś sensowny sposób.

Jednym z największych grzeszków komiksu jest to, iż dwie bohaterki, w tym jedna z głównych, są do siebie niesamowicie podobne. Może będzie to miało jakieś znaczenie w późniejszych tomach, ale w tym przypadku jedynie sprawiło, iż początkowo byłam pewna, iż to jedna i ta sama osoba. Dopiero w momencie ich konfrontacji dotarło do mnie, iż to dwie bohaterki i fabularny bezsens stał się jednak logiczny. Do końca albumu rozpoznawałam je wyłącznie po tym, iż jedna z nich miała grzywkę, a druga nie.

Blade Runner. Tokio Nexus wydaje mi się zaledwie cieniem uniwersum. Chociaż nie brak tutaj replikantów i cyberpunkowej otoczki, to wydaje mi się to dość spłycone i totalnie tego pomysłu nie kupuję. Gdyby nie nazwa uniwersum w tytule, zupełnie nie powiązałabym komiksu z Blade Runner. Ponad to najzwyczajniej w świecie męczyłam się z tym album, głównie przez to, iż akcja gnała jak szalona, a ja cały czas nie potrafiłam się w niej odnaleźć, ani zrozumieć co się dzieje. Bohaterowie nie zostali odpowiednio wprowadzeni, mało się o nich dowiadujemy, a co za tym idzie ciężko się z nimi utożsamić. Nie wspominając już o tym, iż ogarnięcie o co im chodzi było dla mnie nie do przeskoczenia.

Strona komiksu Blade Runner. Tokio Nexus. Tom 1. Odejdź w pokoju

Pod względem warstwy wizualnej Blade Runner. Tokio Nexus prezentuje się całkiem nieźle. Album jest ładnie wydany, w twardej oprawie i z intrygującą ilustracją na okładce. Jest to dość zwodnicze, ponieważ komiks nie jest już utrzymany w stylu okładkowym. A szkoda. Grafiki wydają mi się niedopracowane i dość nierówne – bywają rysunki dużo staranniejsze, które gryzą się z tymi mniej dopieszczonymi. Zdaję sobie jednak sprawę, iż każdy z nas ma swoją wrażliwość i swój zmysł stylistyczny, więc pewnie wielu czytelnikom ta opcja jak najbardziej pasuje.

Nie ma co tu kryć – zawiodłam się. I to mocno. Liczyłam na ciekawą historię i świetnych bohaterów, a dostałam produkt miałki, który niczym mnie nie zainteresował, a wręcz zirytował i umęczył. Na pewno nie będę sięgać po kolejne tomy z tej serii. Po prostu sobie o niej zapomnę i nigdy już do niej nie wrócę. W mojej głowie w ogóle nie powiążę już tego tytułu z Blade Runner.

Fot. główna: materiały prasowe – kolaż (Egmont)

Idź do oryginalnego materiału