Kiedy wydawało się, iż branża koncertowa będzie potrzebowała długich lat na podniesienie się z kryzysu, jedna artystka udowodniła, iż muzyka na żywo ma się lepiej niż kiedykolwiek. Fenomen trasy The Eras Tour to zjawisko, które wykracza daleko poza zwykłe występy muzyczne. Taylor Swift stworzyła globalne święto popkultury, o którym dyskutują dzisiaj nie tylko zagorzali fani, ale też znani socjolodzy i ekonomiści. Jak do tego doszło?
Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na niesamowitą, oddaną społeczność Swifties, jaka zbudowała się wokół tych wielkich wydarzeń. Koncert amerykańskiej gwiazdy to dzisiaj absolutny, wielobarwny wybieg mody, na którym królują cekiny, błyszczące kowbojki i pomysłowe nawiązania do konkretnych er z jej bogatej twórczości. Zjawiskiem, które opanowało stadiony na całym świecie, stała się masowa wymiana własnoręcznie robionych bransoletek przyjaźni. Fani spędzają długie tygodnie na nawlekaniu koralików, by potem dzielić się nimi z zupełnie obcymi ludźmi pod sceną. To tworzy niesamowitą, bezpieczną i niezwykle radosną atmosferę, jakiej próżno szukać na innych tego typu plenerowych imprezach.
Muzyczna podróż przez epoki
Samo widowisko to absolutny kondycyjny maraton i logistyczny majstersztyk. Taylor Swift serwuje publiczności ponad trzygodzinne show, podczas którego wykonuje ponad czterdzieści utworów. Scenografia zmienia się jak w kalejdoskopie, płynnie przenosząc widzów między poszczególnymi etapami jej długiej kariery. Od country i romantycznych uniesień z czasów płyty Fearless, przez popową perfekcję z albumu 1989, aż po znacznie mroczniejsze brzmienia z krążka Reputation i folkową melancholię Folklore. Każdy, niezależnie od tego, kiedy dokładnie zaczął swoją muzyczną przygodę z twórczością artystki, znajdzie tu coś idealnego dla siebie.
Ekonomiczne trzęsienie ziemi
Oprócz aspektów czysto artystycznych i rozrywkowych, nie da się zignorować gigantycznego wpływu tej trasy na światową gospodarkę. Fani podróżujący za swoją ulubioną idolką masowo rezerwują hotele, zapełniają lokalne restauracje i tłumnie korzystają z transportu miejskiego, co w wielu miastach doprowadziło do ogromnego, niespotykanego wręcz ożywienia gospodarczego. Zjawisko to zyskało choćby swoją własną nazwę w mediach – Swiftonomics. Co więcej, podczas niektórych wyjątkowo głośnych koncertów entuzjazm wielotysięcznego tłumu był tak wielki, iż lokalne sejsmografy autentycznie odnotowały wstrząsy przypominające małe trzęsienia ziemi.
Jeśli nie udało Wam się być na tym historycznym koncercie, zawsze pozostaje opcja obejrzenia kinowej wersji całego show, która zresztą również regularnie bije rekordy popularności na platformach VOD. Jedno jest dzisiaj absolutnie pewne – żyjemy w potężnej erze Taylor Swift, a jej fenomenalny wpływ na branżę muzyczną i popkulturę będzie wnikliwie analizowany jeszcze przez wiele długich lat.















