Charles Bukowski mawiał, iż pisarze są jak muchy żerujące na łajnie, a sztuka rodzi się wyłącznie z żałości. Czyli, iż nikt nie cierpi jak literat. Kino chętnie do tej melodii tańczy, bo jest to – trzeba przyznać – obrazek wybitnie atrakcyjny. Oto człek, który obcuje z muzami, a tym samym ma dostęp do tajemnic ludzkiej natury. Ale nie bohater „Hokum”, Ohm Bauman (Adam Scott). Zmagający się z twórczą blokadą autor jest reprezentantem czysto komercyjnej odnogi głównego nurtu, bestsellerowym przedstawicielem niekoniecznie wymagającej beletrystyki, a przy tym cynikiem plującym na lewo i prawo mizantropijnym jadem niczym ludzka żmija. Polubić go nie sposób, bo i on nikogo nie lubi.
Ale Ohm to nie typ udręczonego, acz czarującego artysty, którego geniusz działa niczym okoliczność łagodząca – bynajmniej. To raczej ten znany nam wszystkim małostkowy gość awanturujący się przy ladzie o zbyt czarną kawę lub herbaciane fusy, którego potem oglądamy z zamazaną twarzą na TikToku. Damian McCarthy, reżyser „Hokum”, całkiem śmiało sobie poczyna, próbując nam sprzedać Baumana. Psychologiczne zadumki może i wychodzą mu najsłabiej, ale rolę na swoich barkach mężnie dźwiga Adam Scott. Raz chce się mu przyłożyć, a zaraz potem go przytulić, bo jego niechęć do świata wynika, jak się wydaje, z niemożności jego poznania. Jakby nie potrafił pojąć, iż nasza rzeczywistość nie przystaje do tej misternie splecionej z liter.
Zmyślna to taktyka, bo kiedy Ohm nareszcie nawiązuje z kimś zwykły, ludzki, przyjacielski kontakt, z piersi aż wyrywa się pełne ulgi tchnienie. „Oto człowiek!”, chciałoby się krzyknąć. Ów pancerz wiecznego sceptycyzmu nie czyni jednak Baumana odpornym na tytułowe bajdurzenia i banialuki (tyle znaczy angielskie „hokum”), bo te dopadają go niczym sęp padlinę. I nie ma znaczenia, czy się wierzy w duchy, czy nie – zresztą, jak pisał Lovecraft, tylko cynik zdolny jest doświadczyć prawdziwego horroru. Ohm zresztą nie leci z Ameryki do Irlandii, aby rozrzucić prochy matki i ojca tam, gdzie ci spędzili miesiąc miodowy – choć sam sobie tak tłumaczy. Ani choćby po to, żeby wyegzorcyzmować swoje demony. Leci, bo nie ma już pomysłu na siebie.
Dlatego, gdy bohater pędzi do rzekomo nawiedzonego apartamentu odszukać zaginioną kelnerkę z prowincjonalnego hotelu, gdzie się zatrzymał, kieruje nim zarówno empatia wynikająca ze szczerego poczucia niesprawiedliwości, jak i chęć wypełniania swojego życia jakimkolwiek działaniem. McCarthy stawia człowieka niemającego już nic do stracenia w sytuacji skrajnej i zgoła absurdalnej – bo jak inaczej nazwać zderzenie niedowiarka z plotkami o wiedźmie grasującej w hotelowym pokoju? Siły nadprzyrodzone są tu jednak amoralne, a źródło zła bije w ludzkich sercach, poczerniałych z samolubstwa. Strach Baumana wynika zwykle z zachowania drugiego człowieka, a nie ze zderzenia z nieznanym. Inna sprawa, iż – rzecz jasna – faktycznym rdzeniem grozy jest tu napięta konfrontacja Ohma z bytem nawiedzającym irlandzki hotel, rozegrana na styku halucynacyjnych wyobrażeń i przerażającej rzeczywistości.
Na tle ludowych baśni o czarownicy porywającej dzieci w zaświaty McCarthy sprawnie kreśli istny kryminał. Reżyser przede wszystkim świetnie prowadzi intrygę, znacznie lepiej niż poprzednio – bo jego „Osobliwości”, choć bardzo dobrej, brakło jednak należytej dyscypliny. W „Hokum”, kiedy już McCarthy decyduje się odbić w bok od głównej intrygi i rozrysować kolejne odgałęzienia fabularne, podejmuje decyzje nieoczywiste. Dość powiedzieć, iż sporo czasu ekranowego zajmują próby wydostania się Baumana ze swoistego escape roomu. Póki reżysera interesuje czysta obserwacja reakcji bohatera na przydarzające mu się rzeczy, wszystko działa jak należy, bo zrzędliwy Ohm to dla niego wyjątkowo wdzięczne płótno. Gorzej, kiedy McCarthy próbuje zajrzeć mu do głowy i dokonuje eksternalizacji jego traum. prawdopodobnie uznał to za konieczne, abyśmy byli świadomi niejako obowiązkowej przemiany charakterologicznej postaci. Ale wysiłki te zwyczajnie wybijają z rytmu i nastroju, które są, jak zwykle u tego twórcy, nadrzędnymi zaletami filmu. Nie psują go jednak, bo „Hokum” jest napisane i zrealizowane zbyt precyzyjnie, zbyt konsekwentnie, żeby wywrócić się o takie drobiazgi.
Co istotne, „Hokum” trzyma się gatunkowych konwencji, które z lubością eksploruje, bez zbędnych wycieczek za ich granice. Udowadnia tym samym, iż klasyczny w formie i formule horror przez cały czas ma swoje miejsce pośród intertekstualnych i transgresywnych poszukiwań. I dobrze.
Ale Ohm to nie typ udręczonego, acz czarującego artysty, którego geniusz działa niczym okoliczność łagodząca – bynajmniej. To raczej ten znany nam wszystkim małostkowy gość awanturujący się przy ladzie o zbyt czarną kawę lub herbaciane fusy, którego potem oglądamy z zamazaną twarzą na TikToku. Damian McCarthy, reżyser „Hokum”, całkiem śmiało sobie poczyna, próbując nam sprzedać Baumana. Psychologiczne zadumki może i wychodzą mu najsłabiej, ale rolę na swoich barkach mężnie dźwiga Adam Scott. Raz chce się mu przyłożyć, a zaraz potem go przytulić, bo jego niechęć do świata wynika, jak się wydaje, z niemożności jego poznania. Jakby nie potrafił pojąć, iż nasza rzeczywistość nie przystaje do tej misternie splecionej z liter.
Zmyślna to taktyka, bo kiedy Ohm nareszcie nawiązuje z kimś zwykły, ludzki, przyjacielski kontakt, z piersi aż wyrywa się pełne ulgi tchnienie. „Oto człowiek!”, chciałoby się krzyknąć. Ów pancerz wiecznego sceptycyzmu nie czyni jednak Baumana odpornym na tytułowe bajdurzenia i banialuki (tyle znaczy angielskie „hokum”), bo te dopadają go niczym sęp padlinę. I nie ma znaczenia, czy się wierzy w duchy, czy nie – zresztą, jak pisał Lovecraft, tylko cynik zdolny jest doświadczyć prawdziwego horroru. Ohm zresztą nie leci z Ameryki do Irlandii, aby rozrzucić prochy matki i ojca tam, gdzie ci spędzili miesiąc miodowy – choć sam sobie tak tłumaczy. Ani choćby po to, żeby wyegzorcyzmować swoje demony. Leci, bo nie ma już pomysłu na siebie.
Dlatego, gdy bohater pędzi do rzekomo nawiedzonego apartamentu odszukać zaginioną kelnerkę z prowincjonalnego hotelu, gdzie się zatrzymał, kieruje nim zarówno empatia wynikająca ze szczerego poczucia niesprawiedliwości, jak i chęć wypełniania swojego życia jakimkolwiek działaniem. McCarthy stawia człowieka niemającego już nic do stracenia w sytuacji skrajnej i zgoła absurdalnej – bo jak inaczej nazwać zderzenie niedowiarka z plotkami o wiedźmie grasującej w hotelowym pokoju? Siły nadprzyrodzone są tu jednak amoralne, a źródło zła bije w ludzkich sercach, poczerniałych z samolubstwa. Strach Baumana wynika zwykle z zachowania drugiego człowieka, a nie ze zderzenia z nieznanym. Inna sprawa, iż – rzecz jasna – faktycznym rdzeniem grozy jest tu napięta konfrontacja Ohma z bytem nawiedzającym irlandzki hotel, rozegrana na styku halucynacyjnych wyobrażeń i przerażającej rzeczywistości.
Na tle ludowych baśni o czarownicy porywającej dzieci w zaświaty McCarthy sprawnie kreśli istny kryminał. Reżyser przede wszystkim świetnie prowadzi intrygę, znacznie lepiej niż poprzednio – bo jego „Osobliwości”, choć bardzo dobrej, brakło jednak należytej dyscypliny. W „Hokum”, kiedy już McCarthy decyduje się odbić w bok od głównej intrygi i rozrysować kolejne odgałęzienia fabularne, podejmuje decyzje nieoczywiste. Dość powiedzieć, iż sporo czasu ekranowego zajmują próby wydostania się Baumana ze swoistego escape roomu. Póki reżysera interesuje czysta obserwacja reakcji bohatera na przydarzające mu się rzeczy, wszystko działa jak należy, bo zrzędliwy Ohm to dla niego wyjątkowo wdzięczne płótno. Gorzej, kiedy McCarthy próbuje zajrzeć mu do głowy i dokonuje eksternalizacji jego traum. prawdopodobnie uznał to za konieczne, abyśmy byli świadomi niejako obowiązkowej przemiany charakterologicznej postaci. Ale wysiłki te zwyczajnie wybijają z rytmu i nastroju, które są, jak zwykle u tego twórcy, nadrzędnymi zaletami filmu. Nie psują go jednak, bo „Hokum” jest napisane i zrealizowane zbyt precyzyjnie, zbyt konsekwentnie, żeby wywrócić się o takie drobiazgi.
Co istotne, „Hokum” trzyma się gatunkowych konwencji, które z lubością eksploruje, bez zbędnych wycieczek za ich granice. Udowadnia tym samym, iż klasyczny w formie i formule horror przez cały czas ma swoje miejsce pośród intertekstualnych i transgresywnych poszukiwań. I dobrze.













