Moja żona, Jagoda Kowalska, zawsze była cicha i nieśmiała, niczym mgła wczesnym rankiem nad Wisłą. Gdy spotykaliśmy się z naszymi przyjaciółmi w starej kawiarni na krakowskim Kazimierzu, stawała się przezroczysta jak opłatek, nie odzywała się pierwsza, tylko patrzyła przez okno na złote światła tramwajów przesuwających się leniwie po ulicy Dietla. jeżeli ktoś ją zagadnął, odpowiadała szeptem, jakby bała się obudzić śpiącego kota na parapecie. Nigdy nie widziałem u niej scen zazdrości jej oczy były łagodne, a gesty tak delikatne, jakby dotykały porcelanowych filiżanek. Za każdym razem, gdy wręczałem jej prezent czy to apaszkę z Cepelii, czy kwiaty spod Hali Targowej przyjmowała je z wdzięcznością, jakby dostała kawałek nieba.
Życie z Jagodą można by uznać za uporządkowane, spokojne, bez cienia podstępu czy niedopowiedzenia. Wszystkie sekrety rozwiewały się jak liście kasztanowca na Plantach w październiku. Gdy wracałem do naszego mieszkania na Starym Mieście po pracy, wiedziałem, iż zastanę porządek tak perfekcyjny, jakby wciąż panował PRL, Jagodę z uśmiechem przy kuchence i zapach świeżo ugotowanego barszczu rozlewający się po całym kącie. Czego można chcieć więcej od życia?
Ale sny mają to do siebie, iż nigdy nie kończą się tak, jak chcemy. W mojej głowie pojawiła się potrzeba przygody, jakby jakieś dziwne echo dudniło po korytarzach mojej duszy. Zrozumiałem, iż czegoś mi brakowało, iż życie z Jagodą było jak sen, z którego nie chciałem wyskoczyć, ale jednak czegoś w nim nie było. Nasza bliskość była jak cichy wiatr, prawie niezauważalny. Zacząłem szukać czegoś, czego nie potrafiłem nazwać. W końcu znalazłem kochankę Magdę, której obecność była inna: głośniejsza, intensywniejsza, jak krzyk mewy nad Bałtykiem.
Jagoda dowiedziała się o wszystkim. Rozstaliśmy się, jakby ktoś przeciął szmacianą lalkę na pół. Przeniosłem się do Magdy na mroczne przedmieścia Nowej Huty, gdzie w powietrzu unosił się kurz, a snem pachniały tylko zgaszone papierosy. W nowym mieszkaniu panował bałagan, jakby nigdzie nie było miejsca na moje wspomnienia. Magda nie gotowała obiadu, nie lubiła rozmawiać o niczym nasze słowa wpadały do studni bez echa. Po pracy czekała mnie pustka i zapach starej kanapy.
Gdy w końcu zrozumiałem, jak bardzo tęsknię za Jagodą i jej cichym śmiechem, próbowałem wrócić. ale wtedy, w tym dziwnym śnie, zobaczyłem ją idącą pod rękę z kimś nowym, wysokim mężczyzną w bordowym swetrze, na tle niebieskich neonów na Placu Szczepańskim. Nie miałem już żadnego klucza do jej świata.
Nie umiem sobie wybaczyć. Straciłem Jagodę moją wymarzoną kobietę, przez własną głupotę. Teraz wszystko jest jak sen, który kończy się zawsze wtedy, gdy zaczynam rozumieć, co miał znaczyć.






