Dzień objawienia – recenzja filmu. Czy obcy żyją wśród nas?

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Steven Spielberg znany jest jako jeden z najwybitniejszych amerykańskich reżyserów XXI wieku. To dzięki niemu mogliśmy obejrzeć tak kultowe filmy jak Park Jurajski, Szczęki, Poszukiwacze Zaginionej Arki czy Lista Schindlera.

Mimo tak ogromnej i różnorodnej filmografii Spielberg od zawsze marzył o stworzeniu filmu o życiu pozaziemskim. Zaczynał od Bliskich spotkań trzeciego stopnia w 1977 roku, a niedługo potem, w 1982 roku, wyreżyserował produkcję o przyjaznym obcym – E.T. Mimo starań żadna z tych produkcji jednak nie oddawała w pełni potencjału ani pomysłu, który Spielberg nosił w sobie od lat. Wszystko zmienia się w momencie, gdy do kin wchodzi jego najnowsze dzieło – Dzień objawienia. Produkcja, która swoim rozmachem, wykonaniem i przesłaniem zostaje z widzem na długo po opuszczeniu sali kinowej.

Dzień objawienia opowiada historię prezenterki pogody – Margaret, która podczas transmisji na żywo nagle zaczyna dziwnie się zachowywać. Kobieta traci kontakt z rzeczywistością i zaczyna mówić w niezrozumiałym, dziwnym języku. Każda osoba słyszy, jak z ust Margaret wydobywają się jedynie kliknięcia i gardłowe odgłosy, nieprzypominające żadnej znanej ludzkiej mowy… każda poza Danielem. Jak się okazuje, analityk ścigany za kradzież tajnych danych jest jedyną osobą, która w pełni rozumie słowa Margaret. Co więcej, między bohaterami zaczyna tworzyć się pewna więź, która prowadzi ich do spotkania i wypełnienia wspólnej misji – ujawnienia światu od dawna ukrywanej prawdy.

Przyznam szczerze, iż na Dzień objawienia czekałem od bardzo, bardzo dawna. Spielberg to człowiek, któremu zawdzięczam spory kawałek mojego dzieciństwa. To on zaszczepił we mnie miłość do niezwykłych przygód archeologów, pościgów z dinozaurami i odkrywania nieznanego. Nic więc dziwnego, iż kiedy usłyszałem o nadchodzącym filmie o obcych, byłem niezwykle podekscytowany.

Na samym wstępie chciałbym pochwalić niesamowitą pracę operatorską Janusza Kamińskiego. Ujęcia, które widzimy, wychodzą daleko poza skalę tego, czego można spodziewać się po filmie o kosmitach. Sceny są długie i nieprzerwane, czasem wręcz wydają się niemożliwe do zrealizowania. Tymczasem Kamiński bawi się kamerą tak, jakby był to zwykły najazd. Jego obraz momentami wręcz płynie, gładko przechodząc między ciasnymi przestrzeniami, śledząc bohaterów w spokojniejszych momentach. Kiedy jednak sytuacja wymaga dynamiki, operator robi to samo, oferując kolejne świetnie zrealizowane długie ruchy kamery. To jedna z najbardziej zapadających w pamięć cech Dnia objawienia.

fot. kadr z filmu

Inną kwestią wartą poruszenia jest muzyka w wykonaniu Johna Williamsa, która przywołuje na myśl stare, dobre lata 80. Dźwięki Williamsa, podobnie jak ruchy kamery Kamińskiego, są idealnie dopasowane do panującej sytuacji fabularnej. Początkowo ciche, spokojne i tajemnicze, za chwilę wybrzmiewają z pełną mocą. Wybór orkiestry Williamsa to moim zdaniem najlepsza możliwa decyzja. Jej muzyka idealnie oddaje klimat kojarzony z dawnymi produkcjami Spielberga – sekcje smyczkowe, dęte i perkusja tworzą niesamowitą atmosferę, która podkreśla oglądany obraz.

Fabularnie Dzień objawienia wypada dobrze. Historia prowadzona jest w konkretny sposób. Widz od początku zostaje wrzucony w sam środek akcji, nie wiedząc nic o świecie przedstawionym ani jego bohaterach. Dopiero z czasem, gdy fabuła powoli odsłania kolejne karty, poznajemy postacie i zarys ich historii. To świetny zabieg, za pomocą którego Dzień objawienia stale utrzymuje aurę tajemniczości. Idealnie wpisuje się to także w motyw everymana, który zauważamy w dziele Spielberga. Przez to, iż nie znamy bohaterów zbyt dobrze, wydają się oni kimś całkiem przypadkowym – równie dobrze mógłby to być listonosz czy pani z miejscowego warzywniaka, bo nie liczy się tutaj osoba, ale misja, którą ma do wypełnienia.

fot. kadr z filmu

Z drugiej strony, konfrontując moje spostrzeżenia z inną redaktorką naszego portalu – Aleksandrą Gapińską, zauważyłem, iż nie każdy odbiera ten motyw w ten sam sposób. Przez brak konkretnego backstory bohaterów można mieć też problem, by się z nimi zżyć. Przez to w momentach zagrożenia nie czujemy, iż powinno nam na nich zależeć. Podobnie wygląda kwestia bohaterów drugoplanowych, którzy pojawiają się głównie po to, by pełnić rolę nośników idei. Taką postacią jest choćby dziewczyna Daniela – Jane (Eve Hewson). Kobieta nie reprezentuje samej siebie, a raczej osoby wierzące, które w obliczu poznania prawdy o obcych przeżywają kryzys wiary.

Podobnie przedstawia się sytuacja innych bohaterów drugoplanowych. Przykładowo siostra zakonna poświęcająca życie wierze czy koleżanka z pracy Margaret, dla której obcy stają się nową religią. Być może to kwestia braku czasu. Rozbudowanie tych postaci mogłoby zająć go zbyt wiele. Albo, zdaniem reżysera, mogło to być po prostu niepotrzebne, bo mieli oni być jedynie reprezentantami różnych sposobów życia i wiary.

Ciekawym wątkiem jest także samo ujawnienie się obcych, które nie jest przypadkowe. Jak słyszymy, świat znajduje się na granicy wybuchu III wojny światowej, która może oznaczać koniec znanej nam cywilizacji. Każda telewizja żyje tym tematem i informuje o kolejnych ruchach przywódców światowych mocarstw, którzy nie zamierzają cofnąć się przed niczym, by osiągnąć swoje cele. Właśnie wtedy pojawiają się obcy. Pozaziemska cywilizacja, wykraczająca daleko poza ludzką mentalność, w obliczu tak ogromnego zagrożenia postanawia się ujawnić.

fot. kadr z filmu

Tutaj chciałbym zwrócić uwagę na interesujący sposób, w jaki napisano rasę przybyszów. Obcy Spielberga to cywilizacja, dla której najważniejszym dobrem i sposobem rozwiązywania konfliktów jest empatia. To właśnie przez nią decydują się na swój ruch. Wiedzą, iż to jedyny sposób na ocalenie ludzkości przed zagładą. Obcy, mimo klasycznego i dość przewidywalnego wyglądu, pozostają bohaterami, którzy naprawdę sprawiają wrażenie zaawansowanej cywilizacji. Robią to nie dzięki fikuśnym statkom czy gadżetom, ale przez swoje rozumienie życia.

Ostatnią kwestią, którą należy poruszyć, są główni bohaterowie. Emily Blunt wcielająca się w Margaret jest fenomenalna. Jej postać jest niezwykle wiarygodna i wyraźnie widać jej charakter. Co więcej, talent językowy aktorki to aspekt, który wręcz wcisnął mnie w fotel. Blunt zdołała opanować język rosyjski i koreański do tego stopnia, iż widz jest skłonny uwierzyć, iż nie jest rodowitą Brytyjką, ale kobietą wychowującą się gdzieś na pograniczu innego kontynentu. Ogromne wrażenie robi także moment, w którym wypowiada kwestie w obcych językach. Nie są to specjalnie wycięte sceny. To długie, nieprzerwane ujęcia, w których aktorka, jak gdyby nigdy nic, nagle zaczyna przemawiać po rosyjsku, a chwilę później po koreańsku. Dawno nie widziałem tak imponującego talentu i aż trudno uwierzyć, iż kiedyś zmagała się z jąkaniem.

Na brawa zasługuje także występ Josha O’Connora wcielającego się w Daniela. Jego kreacja w pełni oddaje człowieka, którego stara się zagrać. To zagubiony, lekko przerażony pracownik biurowy, którego napędzają kodeks moralny i poczucie sprawiedliwości. To właśnie dlatego tak mocno walczy – bo wierzy, iż ludzkość zasługuje na prawdę.

fot. kadr z filmu

Dzień objawienia nie trafi do każdego. Dla mnie jednak nowe dzieło Spielberga to produkcja, która mimo drobnych niedociągnięć wciąż pozostaje naprawdę dobra. Przedstawia historię wielkiego rządowego spisku odkrywanego przed widzem powoli, warstwa po warstwie. W tej opowieści towarzyszy nam dwójka postaci, które mimo długiego czasu ekranowego tak naprawdę nie są najważniejsze. Głównym bohaterem i przesłaniem Dnia objawienia jest misja, której Margaret i Daniel są jedynie posłańcami.

Spielberg po niemal 50 latach wraca z nową historią o obcych. Jego dzieło to próba pokazania, iż w tak wielkim wszechświecie nie możemy być sami, iż gdzieś tam, daleko pośród gwiazd, istnieje inne inteligentne życie. A ludzkość nie powinna się go obawiać, ale uczyć od niego, jak być lepszymi wersjami samych siebie.


Fot. główna: materiały promocyjne

Idź do oryginalnego materiału