Ten alternatywny zespół z Irlandii ściąga na siebie spojrzenia fanów muzyki rockowej od samego początku swojej działalności. Debiutancki album Fontaines D.C. z 2019 roku zyskał nominację do Mercury Prize, a jego sukcesor – A Hero’s Death – mógł się już pochwalić nominacją do Grammy. Oczekiwania wobec ich najnowszego albumu były ogromne. Emocje po przesłuchaniu Dopamine Chamber okazują się jeszcze większe.
Trzeci album grupy – wydany w 2022 roku Skinty Fia – przyniósł hity takie jak Roman Holiday czy I Love You. Drugi z singli składa się z jednego z najlepszych tekstów, jakie było mi dane usłyszeć. Fontaines D.C. z każdą płytą dostarczają coraz to odważniejszych, świeżych brzmień, których gitarowe wersy są wręcz uzależniające. Wydany w 2024 roku album Romance to już z kolei dwie nominacje do Grammy oraz ogrom pozytywnych opinii krytyków i publiczności. Trudno jest przebić taki sukces, jednak Irlandczycy zdają się nie ulegać presji; zamiast tego jeszcze pewniej kreują swoje brzmienie.
Fontaines D.C. // Ewen SpencerW ostatnich latach kariera Fontaines D.C. rozwijała się w zawrotnym tempie. Muzyków mogliśmy zobaczyć w Polsce już kilkukrotnie. Począwszy od OFF Festivalu w 2018 roku, przez małe klubowe koncerty w 2019 i 2022 roku aż do warszawskiej Stodoły w czerwcu 2024 roku. Ominięcie ich poznańskiego koncertu w Tamie pozostanie jedną z największych bolączek mojego życia. W zeszłym roku powrócili na OFFa, natomiast już w najbliższe Halloween zagrają koncert na łódzkiej Atlas Arenie. Zaznaczę, iż koncert jest wyprzedany – choć wielu powątpiewało w taki rozwój scenariusza. Mnie udało się wywalczyć bilety na występ zespołu w Berlinie, bo nie wyobrażam sobie, aby kolejny z ich koncertów przeszedł mi koło nosa. Przewiduję, iż ich nowe kawałki na żywo wybrzmią jeszcze intensywniej niż na nagraniach studyjnych.
Album otwiera Six Shot Morning – niesione przez tajemnicze syntetyzatory i charakterystyczny, niski wokal Griana Chattena. To tutaj rozpoczyna się podróż przez nieznane konstelacje dźwiękowe. Utwór rozwija się leniwie, ale z czasem odkrywa kolejne karty. Z jednej strony czuć, iż ma się do czynienia z Fontaines D.C. Z drugiej jednak rozpoczyna się tu coś zupełnie nowatorskiego. Następnie przechodzimy do Marianne, czyli pierwszego z singli, którego zdążyłam już przesłuchać niezliczoną liczbę razy. Jest to utwór bardziej osadzony w klasycznym stylu zespołu w porównaniu do kolejnego singla Tongue. Trzecie w kolejce Mimesis pozytywnie zaskakuje swoim nostalgicznym charakterem. Czuć tu trochę New Order, a wpływy synth popu i post-punku są niezaprzeczalne.
Happy For You zwalnia tempo, eksponując przy tym słowa płynące z ust Chattena. Dopamine Chamber to idealny album dla nostalgicznych dusz, które trzymają gdzieś w sercu wszystko i wszystkich, którzy staneli kiedyś na ich drodze. Z kolei Demolition ma w sobie zacięcie, które sprawia, iż jest to jeden z najbardziej charakternych utworów na płycie. Problematyczne okazało się być wspomniane wyżej Tongue, bo to singiel, który faktycznie potwierdził bardziej eksperymentalną stronę tego albumu. Tongue zyskuje jednak na sile z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Jeśli One Man wydaje się odbiegać brzmieniem od ogólnego charakteru płyty, to Where Is Gone? pod tym kątem jest absolutnym zaskoczeniem. Już sama obecność Rosalíi na ujawnionej przed premierą trackliście była czymś zupełnie niespodziewanym. To połączenie głosów, którego nikt by nie wymyślił, jednak wszyscy go potrzebowaliśmy. Silny i niski wokal frontmana zespołu cudownie przeplata się z delikatnym akcentem hiszpańskiej wokalistki.
Początek You Miss Me jest tajemniczy i odległy, ale refren staje się dziwnie bliski i wręcz intymny. Cały album naprawdę dobrze żongluje emocjami odbiorcy. Można stwierdzić, iż jest to rzeczywiście pewna dopaminowa komora; słuchanie najnowszej płyty Fontaines D.C. zamyka w magicznej bańce, którą trudno ubrać w odpowiednie słowa. Ostatnim utworem jest Intimate, które pozostawia z jeszcze większym poczuciem dysocjacji. Na całej płycie dzieje się dużo i nie sposób odkryć wszystkich jej zakamarków za pierwszym razem. Dopamine Chamber intryguje niczym z pozoru niegroźny narkotyk; łaknie się go coraz bardziej, chce się go słuchać jeszcze częściej.
Jeśli grupa chciała uniknąć porównań ich gitarowych partii do charakterystycznych brzmień kultowych zespołów, to zadanie nie powiodło się. Słuchając Dopamine Chamber na język same nasuwają się nazwy takie jak Massive Attack, Depeche Mode, Radiohead czy The Cure. Przy pierwszym przesłuchaniu płyty towarzyszyło mi uczucie podobne do tego, które odczuwałam, gdy po raz pierwszy wsadziłam Disintegration do discmana. Być może psychodeliczne twarze na okładkach to wyznacznik wybitnego dzieła. Być może właśnie jesteśmy świadkami premiery albumu, który zapisze się w historii nie tylko Fontaines D.C., ale i całej muzyki alternatywnej.
Jest w Irlandii coś, co sprawia, iż szczerze uwielbiam ten kraj. Swoją cegiełkę do mojej sympatii z pewnością dokłada fakt, iż pochodzący stamtąd muzycy są po prostu na wyższym poziomie. Fontaines D.C. to niewątpliwie jeden z tych zespołów, które zasługują na miano wielkich (wbrew temu, co twierdzi Liam Gallagher). To niesamowite, jak mocno rozwijają się z każdym kolejnym nagraniem. Widać, iż Fontaines D.C. stają się coraz pewniejsi w swoich poczynaniach i nie boją się doskonalić swojego brzmienia. Efektem ich ostatnich poszukiwań jest płyta gęsta, dojrzała lirycznie i niosąca nastrój, który będzie Was trzymał w sidłach przez te nadchodzące, chłodne miesiące.
Fot. główna: Elizaveta Porodina










