Małe, senne miasteczko na Kaszubach, w którym ginie chłopiec. Nowo przeniesiony prokurator Bilski, młody i dynamiczny, łączy te wydarzenie ze sprawą zaginięcia innego chłopca sprzed lat. Jak na kryminał przystało, okazuje się, iż sprawa pociąga wiele innych wątków, które zostały wyciszone. Piękne krajobrazy, mroczne sekrety i jak zwykle dobry Jakub Gierszał w roli głównej – to mocna podstawa do stworzenia porządnego polskiego kryminału. Niestety twórcy nie wykorzystali w pełni tego potencjału, choć było blisko.
Film Kolory zła: Czerń to druga ekranizacja bestsellerowej serii kryminalnej Małgorzaty Oliwii Sobczak. Po wątpliwym sukcesie Czerwieni, Netflix ponownie zabiera widzów do świata prokuratora Leopolda Bilskiego (Jakub Gierszał), tym razem osadzając akcję na Kaszubach. Mroczne, ale malownicze lasy i jeziora świetnie budują atmosferę tajemnicy, której tak bardzo łaknie widz. W komplecie dostajemy również piękne zdjęcia.
Fabuła koncentruje się wokół zaginięcia chłopca i serii wydarzeń, których korzenie sięgają kilkudziesięciu lat wstecz. Prokurator trafia do niewielkiej miejscowości, gdzie odkrywa sieć powiązań, przemilczanych sekretów i lokalnych układów, które od dawna zatruwają życie mieszkańców. To historia oparta na dobrze znanym schemacie polskiego kryminału: przybysz z zewnątrz próbuje rozwikłać zagadkę, podczas gdy lokalna społeczność zaciera ślady, aby prawda nie wyszła na jaw.
Niewątpliwą zaletą filmu jest właśnie jego atmosfera. Twórcy umiejętnie wykorzystują kaszubski folklor, dawne wierzenia i legendę o łopim – lokalnym demonie. Elementy te są częścią opowieści i pomagają budować poczucie niepokoju i grozy. Dzięki nim Czerń momentami przypomina skandynawskie kryminały, w których krajobraz i kultura regionu stanowią integralną część, równie istotną jak sama zagadka kryminalna.
Mocnym elementem produkcji jest również obsada. Jakub Gierszał po raz kolejny wciela się w Leopolda Bilskiego i pozostaje najmocniejszym punktem kryminału. Jego bohater jest bardzo ludzki i emocjonalnie zaangażowany w sprawę. Gierszał potrafi utrzymać uwagę widza choćby wtedy, gdy scenariusz nie daje mu wystarczająco wyrazistych scen. Nieźle wypada również Marianna Zydek jako Julia – kobieta naznaczona traumami z przeszłości, desperacko walcząca o odnalezienie syna.
Kadr z filmu Kolory zła: CzerńJeśli chodzi o scenariusz, Czerń wypada odrobinę lepiej niż Czerwień, jednak przez cały czas jest w nim bardzo wiele niedociągnięć. Historia rozwija się powoli, a napięcie budowane jest nierównomiernie. Twórcy często próbują zmylić widza, wskazując kolejnych podejrzanych, jednak zabiegi te bywają zbyt oczywiste i mało subtelne. Fani kryminałów bardzo gwałtownie zorientują się, które tropy są jedynie fałszywymi wskazówkami. Brakuje również zwrotów akcji, które mogłyby sprawić, iż film zostanie w pamięci dłużej niż do seansu kolejnego, powtarzalnego kryminału.
Kolejnym problemem filmu są dialogi – w wielu scenach brzmią sztucznie i służą głównie przekazywaniu informacji, a nie do budowania fabuły i relacji między postaciami. Często sprawiają wrażenie mechanicznych i nienaturalnych. Jest to szczególnie widoczne w momentach, które powinny być nacechowane bardziej emocjonalnie. Wydaje się również, iż obraz lepiej sprawdziłoby się jako kilkuodcinkowy serial, który pozwoliłby na rozwinięcie wszystkich wątków i pozwolił lepiej zrozumieć motywy każdej z postaci.
Kolory zła: Czerń to film nierówny. Z jednej strony dobrze buduje klimat, cieszy oko atrakcyjnymi kaszubskimi krajobrazami i przyciąga uwagę interesującą zagadką kryminalną. Z drugiej – cierpi na problemy scenariuszowe, przewidywalność i drewniane dialogi. Jest to produkcja, którą widz ogląda chętnie, ale po zakończeniu seansu dość gwałtownie zaciera się w jego pamięci. Dla miłośników polskich kryminałów będą to jednak całkiem satysfakcjonujące dwie godziny, szczególnie jeżeli cenią bardziej atmosferę i lokalny koloryt niż oryginalność fabuły.
fot. materiały prasowe (Netflix)















