KOYO UDOSTĘPNIA NOWY SINGIEL/WIDEO „NIENAWIDZISZ MNIE”

strefamusicart.pl 16 godzin temu
Zdjęcie: unnamed(585)


Koyo przygotowuje się do rychłej premiery swojego Drugi album „Barely Here” ukaże się 8 maja nakładem Pure Noise Records. Dziś punkowcy z Long Island powracają z kolejnym, pełnym chwytliwych melodii singlem „You Hate Me”.

Z dziesięcioma utworami w zaledwie 28 minut, „Barely Here” to rześki podmuch niesamowicie punkowego, petardowego brzmienia, który łączy w sobie petardy z „The Movielife”, panoramiczne refreny z „Taking Back Sunday” i melodyjny, chropawy charakter „Silent Majority” – ale przede wszystkim brzmi jak sami Koyo . Pierwszy singiel Irreversible uwydatnił mistrzostwo zespołu w tworzeniu zawrotnych temp, What I’m Worth zanurzył się w mroczniejsze rejony, a teraz You Hate Me uwydatnia niezrównaną umiejętność Koyo wplatania kolejnych refrenów w punkowe utwory.

Debiutancki album Koyo , Would You Miss It?, spotkał się z uznaniem słuchaczy i krytyków za bezczelną, szczerą mieszankę punku, hardcore’u i emo, a teraz „Barely Here” jeszcze bardziej udoskonala to połączenie. „Wiele zespołów uważa, iż ​​ich drugi album musi być epickim opus magnum, które łączy tak wiele rzeczy, a ja myślę, iż w przypadku naszego pierwszego LP faktycznie podjęliśmy bardziej takie podejście” — wyjaśnia Chiaramonte . „Więc w przypadku Barely Here chcieliśmy pójść na odwrót — chcieliśmy udoskonalić nasze mocne strony, zamiast celowo odchodzić. To migawka tego, czym jest nasz zespół w swojej najbardziej pozbawionej zbędnych dodatków, dopracowanej formie”. Płyta „Barely Here” została wyprodukowana, nagrana i zmiksowana przez wieloletniego współpracownika Jona Marksona (Drug Church, Drain, The Story So Far), a gościnnie wystąpili w niej Sammy Ciaramitaro z Drain i Marisa Shirar z Fleshwater. Brzmi jak dzieło pewnego siebie zespołu, który dokładnie wie, co chce stworzyć i potrafi to osiągnąć znakomicie.

Zespół Koyo będzie świętować wydanie „Barely Here” kolejną rundą nieustannej trasy koncertowej, obejmującej zbliżające się występy w Ameryce Północnej z Hot Mulligan i Joyce Manor, trasę po Japonii oraz występy na festiwalach Sound & Fury i Louder Than Life.

BIOGRAFIA:

Niewiele jest rzeczy bardziej pociągających w muzyce niż słuchanie zespołu, który bez skrępowania jest sobą. To trudniejsze zadanie, niż można by się spodziewać – unikać sztuczności i nadmiernego myślenia, jednocześnie wkładając w grę całe serce – i staje się jeszcze trudniejsze w miarę rozwoju zespołu. Na swoim drugim albumie, „Barely Here” , Koyo byli bardziej niż gotowi na wyzwanie. To rodzaj albumu, który brzmi całkowicie instynktownie, hermetyczne połączenie melodyjności emo i hardcore’owej dzikości, gdzie każda nuta jest przesiąknięta pasją i osobowością. To brzmienie zespołu, który nie tylko wkracza na własną ścieżkę, ale wręcz ją opanowuje.

Koyo – wokalista Joseph Chiaramonte, gitarzyści Harold Griffin i TJ Rotolico, basista Stephen Spanos i perkusista Salvatore Argento – wyszli z undergroundu na Long Island w stanie Nowy Jork i gwałtownie zyskali reputację dzięki własnemu brzmieniu legendarnej sceny muzycznej swojego rodzinnego miasta. Ich debiutancki album z 2023 roku, Would You Miss It? , wprawił zespół w wir światowych tras koncertowych, które tak naprawdę nigdy się nie skończyły. Kiedy nadszedł czas na nagranie drugiego albumu, Koyo próbowali wcisnąć proces pisania pomiędzy długie trasy – choćby nagrywając dema piosenek ze swojego kampera w drodze, aby przygotować się do zbliżających się sesji nagraniowych. Zamiast pęknąć pod presją, grupa stanęła na wysokości zadania, ufając, iż rozwinęli się w dobrze naoliwioną maszynę i pozwalając, aby pisanie piosenek stało się całkowicie intuicyjne. „Myślę, iż nauczyliśmy się tak wiele o naszym procesie twórczym podczas tworzenia „Would You Miss It?” , iż wiedzieliśmy dokładnie, czego chcemy, i wszystko potoczyło się z większą dozą instynktownej magii” – wyjaśnia Chiaramonte. „Wiele zespołów uważa, iż ​​ich drugi album musi być epickim opus magnum, które łączy w sobie tak wiele elementów, a myślę, iż przy naszym pierwszym albumie właśnie w tym kierunku podążaliśmy. Dlatego w przypadku „Barely Here” chcieliśmy pójść w przeciwnym kierunku – chcieliśmy udoskonalić nasze mocne strony, zamiast celowo odchodzić od tego schematu. To migawka tego, czym jest nasz zespół w jego najbardziej pozbawionej zbędnych dodatków, dopracowanej formie”.

Wyprodukowany, nagrany i zmiksowany przez wieloletniego współpracownika Jona Marksona (Drug Church, Drain, The Story So Far), album Barely Here to smukły, 10-utworowy, 28-minutowy wybuch niesamowicie hymnowego punka. Wyczuwalne jest tu znane DNA zespołu z Long Island – petardy The Movielife, panoramiczne refreny Taking Back Sunday, melodyjny chłód Silent Majority – ale brzmienie samych Koyo przebija się bardziej niż kiedykolwiek – pewnego siebie zespołu, który dokładnie wie, co chce stworzyć i osiąga w tym sukcesy. „Zdecydowanie nie spędzamy już tyle czasu w rozmowach o naszych inspiracjach” – mówi Chiaramonte. „Po prostu wiemy, jakim jesteśmy zespołem i robimy to, co przychodzi nam naturalnie”.

Ale pewność siebie muzyki Koyo nie pojawiła się z dnia na dzień, była ciężko wypracowywana przez lata intensywnych tras koncertowych i zmiennego życia muzyków na pełen etat. Wiele tekstów Chiaramonte na „Barely Here” porusza temat zagubienia i rozczarowania wynikającego z bycia tak psychicznie i fizycznie oderwanym od rzeczywistości. „Zagraliśmy setki koncertów, a pośród nich wiele dzieje się w domu i wokół ciebie, nad czym nie masz kontroli – i po prostu musisz z tym żyć” – wyjaśnia. „Jestem bardzo wdzięczny za to, jak potoczyły się sprawy z naszym zespołem, ale przez to wiele rzeczy ci umyka i jesteś narażony na wiele rozczarowań, gdy widzisz, jak wszystko działa za kulisami. To stawia cię w dziwnym położeniu, gdy czujesz się bezsilny wobec tego wszystkiego. Możesz stracić poczucie tego, co robisz i dlaczego”.

Utwory takie jak otwierające salwę adrenaliny „Barely Here” i „Jet Stream Wish” odnoszą się do niezadowolenia i dystansu, a melodyjny ryk Chiaramonte przez cały czas brzmi buntowniczo wobec jego okoliczności. „Jestem naprawdę szczery wdzięczny za to, co się dla nas wydarzyło, ale nie chcę udawać, iż cały czas byłem w tym niesamowitym stanie psychicznym” — mówi. „Jest wiele izolacji i nieuzasadnionego wstydu za wybór takiego życia”. Chiaramonte zagłębia się w te idee w utworach takich jak ognisty „Saying Vs Meaning”, w którym gościnnie śpiewa Sammy Ciaramitaro z Drain, lub napędowy „You Hate Me”. W „Oxidize” (porywającym duecie z Marisą Shirar z Fleshwater) wyzwania w domu nabierają bardzo realnego ciężaru, gdy Chiaramonte opisuje chęć spędzenia większej ilości czasu ze swoją babcią, która walczy z demencją.

Pod koniec albumu Chiaramonte osiąga apogeum swojej frustracji w utworze „What I’m Worth”, dwuminutowym egzorcyzmie negatywności na tle ponurych zmian akordów, które pchają brzmienie Koyo w rejony post-hardcore’u. Zaraz po utworze pojawia się „Pace and Loiter”, promień światła, który przebija się przez ciemne chmury jednym z największych refrenów, jakie Koyo kiedykolwiek stworzył – nie lada osiągnięcie dla zespołu regularnie operującego ogromnymi refrenami. Teksty utworu ukazują Chiaramonte’a ratującego się przed upadkiem poprzez docenianie momentów, w których wszystko wydaje się być w porządku. „Chodzi o te chwile, kiedy naprawdę się zamykasz i jesteś otoczony ludźmi, na których ci zależy” – mówi. „Te chwile, kiedy wszyscy po prostu gadają, wszystko się wyłącza, a najgorsze rzeczy znikają – to takie nieuchwytne, idealne. Są tak skończone i chciałbym móc je po prostu zamknąć w butelce i cieszyć się nimi wiecznie”.

Wydaje się, iż praca nad „Barely Here” pomogła Chiaramontemu przetworzyć gwałtowny ruch i wstrząsy z ostatnich kilku lat jego życia, a co ironiczne, przygotowuje również grunt pod kolejną rundę nieprzerwanej trasy koncertowej. Tym razem jednak wydaje się gotowy – lepiej przygotowany nie tylko do przetrwania chaosu, ale i do czerpania z niego większej przyjemności. „Myślę, iż ostatnio udało mi się podnieść głowę z okopów i powiedzieć: »hej, wciąż tu jesteśmy«” – mówi. „Jestem za to naprawdę wdzięczny. Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek chcieli być zespołem, który nadużywa gościnności i próbuje coś wymusić – po prostu chcemy to robić tak długo, jak czujemy, iż to słuszne”.

Idź do oryginalnego materiału