Tata Maty napisał na Instagramie, iż „powrót do korzeni nigdy nie jest łatwo, ale tym razem bardzo się udał”. Chociaż młody Matczak po latach wraca do gitarowych brzmień, kolejny raz serwuje materiał, który gwałtownie się zapomina.
Czy dwudziestominutowa EP-ka pełna love songów i gitarowych brzmień może okazać się czymś świeżym i ciekawym? Z pewnością musiałby być to materiał idealny pod każdym względem – instrumentalnym, lirycznym, emocjonalnym, nastrojowym. Właśnie w ten sposób była promowana 2040: SŁAWA, nazywana zresztą „muzycznym powrotem do korzeni”, na który tak długo czekali fani ery 100 dni do matury czy Młodego Matczaka. W rzeczywistości dostaliśmy coś, co ledwo drapie powierzchnię najlepszych czasów Maty.
Pierwsze wydawnictwa Michała miały w sobie to, czego brakuje w SŁAWIE – tematyczną różnorodność. 100 dni do matury skupiało się na szkole, społeczeństwie, czasie wolnym, wierze, relacjach międzyludzkich. Analogiczne tematy poruszał Młody Matczak, rozszerzając je o realia człowieka wchodzącego w dorosłość. Natomiast 2040: SŁAWA ogniskuje się wyłącznie wokół wątków romantycznych, przedstawiając toksyczny stan uzależnienia od drugiej osoby i miłosne rozdarcie. W konsekwencji wers: Ja bez pani córki to choćby nie umiem spać szybko przeobraża się w Dziś piję, by zapomnieć twoją twarz. W całości brakuje jednak jakiegokolwiek urozmaicenia, które przełamałoby monotematyczność albumu – chociażby krótkiej chwili refleksji nad czymś innym niż miłość.
Kolejne niedociągnięcia wyłaniają się z samej warstwy lirycznej. Raper, który na początku swojej kariery prezentował inteligentne metafory i niebanalne gry słowne, nawija miałkie, pseudoromantyczne, pozbawione emocji dwunastki. Pod kątem metaforyki utrzymuje się na poziomie niedojrzałego gimnazjalisty, co widać w utworze wszystko jedno? – choć i tak nie jest to najbardziej żenujący fragment płyty:
Chciałbym to zacząć od nowa, nie z nią od podstawówki […]
Serio stanę na kutasie, nim będę dorosły
EP-ka nie broni się również warstwą instrumentalną bazującą na dźwiękach gitary akustycznej. Chociaż większość beatów płynnie, a wręcz prawie niezauważalnie, przechodzi w następny kawałek, to wydają się płaskie i pozbawione jakiejkolwiek głębi – jakby były tworzone w pośpiechu. Melodia stoję z gitarą pod twoim balkonem składa się z zapętlonej sekwencji kilku prostych akordów. Wskutek tego można odnieść wrażenie, iż choćby dziecko dałoby radę coś takiego wymyślić. Nieco wyrazistsze melodie słyszymy w numerach HOLY GHOST i na granicy cringu, jednak te wydają się ograniczać możliwości wokalne Michała, zmuszając jego flow do nadmiernej, nużącej wręcz, jednostajności.
W trackliście 2040: SŁAWA szczególną uwagę przykuwa nietypowy dobór gości. Tym razem zamiast członków Gombao33, w kawałku mam alergię na motyle, szansę otrzymali Młody West, który niedawno przebił się do mainstreamu, i Kamil Bednarek. Zaproszeni goście zaprezentowali się po prostu dobrze. Nie zachwycają i nie czynią z utworu materiału na ponadczasowy hit ani choćby na przebój ostatnich dni lata. Podobnie zapatruję się na występ White’a 2115 na singlu 1 na 1 000 000 tryskającym wakacyjną nostalgią, ale jednocześnie pozbawionym tej imprezowej chwytliwości i letniaczkowego potencjału, które towarzyszyły zeszłorocznej 1 na 100.
Najciekawsze okazują się jednak dwa dość niepozorne utwory. Pierwszy z nich, ECHO, był jednym z singli promujących wydawnictwo. Choć Mata dotyka w nim tematu miłości. Kreuje przy tym otoczkę szczerej, ogniskowej opowieści będącej, jak można wywnioskować z tekstu, ulotnym wspomnieniem z trasy koncertowej:
Stoję z gitarą w Stoczni Gdańskiej, no i gram […]
Ona na mnie patrzy, ja na nią patrzę, łamie mi się głos, a to środek show
Jednocześnie kontrastuje z pozostałymi, płaskimi lirycznie i emocjonalnie, kawałkami. Z kolei drugi, umieram, przyciąga przede wszystkim dynamicznym instrumentalem z wyraźnym refrenem i flow, które w końcu nie brzmi jak pisane „na jedno kopyto”.
Niestety 2040: SŁAWA sprawia wrażenie materiału niezwykle niedopracowanego, jakby była to sklejka odrzutów z poprzednich płyt. Co prawda, na EP-ce znajduje się kilka dobrych kawałków, takich jak chociażby ECHO czy umieram. Jednak reszta utworów tak adekwatnie niczym się nie wyróżnia. Niestety to, co dla większości z nich jest wspólne, to męczące flow, nieskomplikowana, jednostajna melodia i tekst opowiadający o miłości w sposób pozbawiony choćby najmniejszego ładunku emocjonalnego. Szczerze, nie nazwałabym SŁAWY solidnym powrotem do korzeni. Raczej nudnym i niepotrzebnym zapychaczem projektu #MATA2040 – bo trzeba było doprowadzić cykl płyt do końca tego roku.











