Mozart check

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Jacek Mójta


Piotr Tkacz: Co najbardziej ceni pani u Mozarta?

Agata Szymczewska: Mozarta uwielbiam za jego prostotę, piękno harmonii oraz subtelność melodii. To kompozytor o charakterze geniusza, wizjonera, a przy tym niesamowicie wysublimowany i wrażliwy. Jego melodie łatwo zapamiętać, a styl można rozpoznać choćby już po kilku nutach. Bogactwo emocji daje wielką przestrzeń do wykorzystania możliwości instrumentów wręcz w nieograniczonej absolutnie niczym formule.

PT: A ten konkretny utwór, co umożliwia, jakie stawia wymagania, a jakie daje szanse wykonawcy?

ASZ: Ten konkretny utwór daje możliwość teleportacji wykonującego go skrzypka prosto na scenę operową, gdzie bogactwo mozartowskich melodii, różnorodność charakterów, szybkość ich zmian oraz niesamowita emocjonalność stwarzają idealne warunki do klasycznego „one man show”. Oczywiście jest to wymagające i to pod każdym względem. Aspekty techniczne muszą być na najwyższym poziomie, umiejętności prowadzenia frazy, precyzja, finezja, lekkość czy narracyjność to ledwie podstawowy zestaw potrzebny do wykonania tego dzieła.

PT: Kiedy pani brała udział w Konkursie Wieniawskiego w 2006 roku, występującym akurat nie towarzyszyła Orkiestra Amadeus…

fot. Jacek Mójta

ASZ: To prawda, koncert Mozarta wykonywałam wtedy z towarzyszeniem fortepianu. W związku z tym ten nasz koncert jest taką oddolną inicjatywą wskrzeszenia tej okazji, której nie miałam dwadzieścia lat temu. Nie było mi dane zagrać z orkiestrą koncertu Mozarta na konkursie, więc gram go teraz. Mam nadzieję, iż lepiej niż wtedy. Jak sięgam pamięcią te dwadzieścia lat wstecz, to nie byłam szczególnie zadowolona z tego wykonania, więc to szansa na rehabilitację.

PT: Jakie jest teraz dla pani największe wyzwanie?

ASZ: Tych wyzwań jest kilka. Takie, które mi w tym momencie towarzyszy, które najbardziej odczuwam, to jest umiejętność mądrego łączenia różnych aktywności, które prowadzę. Oprócz koncertów solowych są także koncerty kameralne z moim kwartetem, do tego bardzo odpowiedzialna praca edukacyjna w dwóch placówkach w Warszawie, mnóstwo różnych kursów, funkcja prezesa Towarzystwa im. Wieniawskiego – jednej z głównych osób odpowiadających za kształt konkursu. Jest tego bardzo dużo i czasami jak rano wstaję, to zastanawiam się, kim ja jestem tak naprawdę (śmiech).

PT: No właśnie, ma pani rozległą i też czasowo pogłębioną perspektywę. Czy pokusiłaby się pani o jakiś komentarz co do tzw. rynku muzycznego, czy coś się zmieniło przez te wszystkie lata, a może są rzeczy, które pozostały takie same? Czy jest lepiej, a może gorzej?

fot. Jacek Mójta

ASZ: Na pewno jest inaczej. Ja te zmiany widzę i doświadczam ich na co dzień. Cyfryzacja zmieniła dostępność kultury, muzyka przeniosła się do onlajnu, a ten świat kreowany w przestrzeni wirtualnej ma cechy wyidealizowane i nieczęsto pokrywa się z rzeczywistością, standardy tam są bardzo wyśrubowane, a dotyczą wyglądu, wykonania, życia i w ogóle wszystkiego, co otacza artystów.

To stoi w kontrze do życia prawdziwego, codziennego, nudnego, gdzie się wstaje i trzeba pracować, a czasami człowiekowi się nie chce i walczy ze swoimi słabościami. To nie do końca jest popularne, żeby pokazywać, jak nie idzie, wszyscy chcemy oglądać sukces i ten nacisk na niego jest dużo większy niż kiedyś.

Do tego dochodzi globalizacja – ze swojej sypialni mogę wejść do sali koncertowej w Berlinie, Nowym Jorku czy Tokio. Wszyscy niby staramy się być różni, kładziemy nacisk na indywidualność, ale wbrew pozorom ciągle słuchamy i oglądamy to samo. To ciężki świat do funkcjonowania, bo sztuka lubi wolność, lubi chodzić swoimi własnymi drogami, lubi być totalnie niezależna, lubi swój rytm, swój plan w czasie, a internet nam to wykrzywia i zaburza.

PT: Czy to ciągle jest czkawka popandemiczna? Bo wtedy przywykliśmy do tego, iż wszystko jest w zasięgu dwóch kliknięć, ale bardzo gwałtownie pojawiło się pragnienie obcowania ze sztuką na żywo. Jak znaleźć balans między tymi dwoma biegunami?

fot. Jacek Mójta

ASZ: Pragniemy słuchać żywego człowieka, ale idąc na koncert, mamy jego wyidealizowany obraz z internetu. Czy pandemia to spowodowała? Nie do końca, pandemia na pewno niektóre procesy przyspieszyła. Ale nie sądzę, iż to się pogorszyło przez pandemię.

Żeby nie być do końca pesymistycznym, widzę też dużo fajnych inicjatyw: mnóstwo artystów, skrzypków, chociażby Hilary Hahn czy Augustin Hadelich, stworzyli filmiki, w których np. pokazują, jak ćwiczą, i opowiadają o tym. Ja sama to oglądam i bardzo dużo się z tego dowiedziałam.

Patrząc z drugiej strony, mamy więc taką kuchnię, proces tworzenia, co jest niezwykle inspirujące. A koncerty na żywo są zawsze wydarzeniem, bo to się dzieje tu i teraz. A nasz odbiór jest uwarunkowany wieloma czynnikami, choćby atmosferycznymi, albo tym, czy na sali panuje atmosfera skupienia.

PT: No właśnie, pamiętam, iż czasem w pandemii uczestnicząc w tych streamowanych koncertach, czułem się jak król życia, bo miałem wrażenie, iż jest on nadawany tylko dla mnie, co było oczywiście iluzją (śmiech), ale mogłem wszystko: mogłem słuchać tego koncertu na leżąco, mogłem wracać do danego fragmentu, mogłem go wręcz miksować. Czasami czułem się lepiej niż na sali koncertowej…

fot. Jacek Mójta

ASZ: Tak, to też ma swoje atuty. Możemy wracać do tych koncertów po czasie, co jest bardzo fajne, aczkolwiek ja już odczuwam nadmiar i przebodźcowanie. Jest tego tak dużo i tak trudno oddzielić to, co faktycznie ma wartość, od internetowego muzycznego śmietnika.

PT: Fakt, to skutkowało nadprodukcją, wyciąganiem materiałów z szuflady, bo chciało się mieć coś do udostępnienia, skoro wszyscy udostępniali. Taki był globalny nastrój internetu – należy coś udostępnić, żeby o nas nie zapomniano.

ASZ: Niestety tak to wygląda i dużo ludzi łapie się na ten obraz artysty, który jest wykreowany, a niekoniecznie pokrywa się z rzeczywistością.

PT: No właśnie, lepiej nie zapominać o tym, jak to się w internecie mówi: reality check.

fot. Jacek Mójta

ASZ: Dokładnie tak.

PT: Na koniec chciałbym zapytać o plany na najbliższą przyszłość.

ASZ: À propos internetu, to będę walczyć z Metą, żeby odblokowali mi konto na Facebooku i fanpage, które zostały zablokowane, a to przecież dwadzieścia lat pracy w budowaniu wizerunku artystycznego i też kilkutysięczna baza osób obserwujących, a także miejsce, w którym się dzieliłam przemyśleniami choćby o edukacji muzycznej w Polsce.

Tu jestem przygotowana na dłuższą walkę (śmiech).

Natomiast myślę, iż najważniejszym elementem w tym roku jest Konkurs Wieniawskiego. To jest ogrom pracy i muszę przyznać szczerze, iż nie do końca zdawałam sobie sprawę z ilości tematów, z którymi teraz na co dzień przyszło mi żyć, co pochłania dużo czasu i energii.

A w tak zwanym wolnym czasie są koncerty, wyjazdy, różne kursy mistrzowskie i moja praca pedagogiczna, która daje mi właśnie taki reality check, bo nie ma lepszej sytuacji niż kontakt jeden na jeden.

Idź do oryginalnego materiału