Najpierw walcz, potem gadaj

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Trudno ocenić ekranizację gry, w której Eric André liże buty jednej z aktorek, ujęcia Calliny Liang przypominają niesławne zbliżenia na ciało Mirandy z drugiego "Mass Effecta", a 50 Cent walczy na ringu do swojego utworu "Many Men". Czy to wciąż film, czy może coś w rodzaju performance’u? Czy to "SNL" z Temu i na sterydach? Chyba po prostu coś pomiędzy – najnowszy "Street Fighter" w reżyserii Kitao Sakuraia to eksperyment formalno-społeczny od fanów dla fanów. Fuzja szaleństwa z żenadą. A więc wszystko, czego mogliśmy oczekiwać od wariatów odpowiedzialnych za tę frywolną superprodukcję.

Stawka jest taka sama jak zwykle – większa niż życie. Złol pragnie władzy, bohater ucieka przed mroczną przepowiednią, przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, a wygrana w turnieju może okazać się cenniejsza od dotychczas wyznawanych wartości. Na potrzeby tej pretekstowej i cokolwiek znajomej fabuły zmontowano jednak niezłą ekipę.

Noah Centineo, Vidyut Jammwal
  • Paramount Pictures

Andrew Koji wciela się w Ryu, prawdopodobnie najpotężniejszego wojownika na świecie, który zamiast pójść na terapię, usunął się w cień i nie przepracował traum z przeszłości. Znany Zetkom Noah Centineo na ekranie przypomina Johnny’ego Cage’a z imprezy halloweenowej: jego Ken Masters, kolejna kluczowa postać dla tego uniwersum, ma już za sobą lata chwały. Teraz odcina kupony, przypomina karykaturę samego siebie, a smutki i znużenie zapija drinkami. Kiedy Ryu, notabene jego przyjaciel sprzed lat, okaże się być w niebezpieczeństwie, Ken zostanie zmuszony przypomnieć sobie o znaczeniu swojego nazwiska. To znaczy – wreszcie spróbuje wziąć się w garść, choć nie będzie to wcale takie proste.

Na naszą uwagę zasługuje również wspomniana wcześniej Liang, młoda kanadyjska aktorka, która zostawiła serducho na planie "Street Fightera" – jej filmy i zdjęcia z treningów zrobiły w sieci furorę i przez chwilę można było odnieść wrażenie, iż marketing tej superprodukcji skupił całą swoją uwagę właśnie na niej. Chun-Li w jej interpretacji ma w sobie zarówno werwę jak i pewien rodzaj gracji. Aktorka jest rzeczywiście utalentowana (w końcu odkrył ją sam Steven Soderbergh) i z jednej strony świetnie, iż tak bardzo oddała się roli, a z drugiej strony można się zastanowić, czy ta ekranizacja była warta jej potu, krwi i łez. To bowiem kino popcornowe, film w stylu "najpierw walcz, potem gadaj". Jatka w saunie? Jest. W więzieniu? Jak najbardziej? W barze w centrum? Również się znajdzie. Poobijane twarze, połamane żebra, powybijane zęby – taka sytuacja.

Callina Liang
  • Paramount Pictures

Trójka bohaterów będzie musiała zmierzyć się z groteskowym M. Bisonem (David Dastmalchian), antagonistą tak przerysowanym, iż paradoksalnie bliżej mu do Donalda Trumpa niż jakiegoś growego złola w typie Handsome Jacka ("Borderlands") lub innego generała Shepherda ("Call of Duty: Modern Warfare"). Czekają nas bijatyki pełne oczek puszczanych do fanów, choreografii wyjętej żywcem z gier i mniej (lub bardziej!) dosłownych ciosów poniżej pasa. Do tego znajdziemy masę gościnnych występów: Jason Momoa gra Jasona Momoę w CGI, Orville Peck jako Vega wciąż ukrywa swoją prawdziwą twarz, a Guile Cody’ego Rhodesa ocieka amerykańskim testosteronem i nie zawaha się go użyć. Walka za walką, suchar za sucharem, jeden dziwny sprośny tekst za drugim. Jesteśmy w domu, a przynajmniej na to wygląda.

Czyli co? Mamy tak zwane "guilty pleasure" w zupełnie nowej odsłonie, z elementem "pleasure" do potęgi: bo niby jest leciutko "guilty", ale to wciąż jakiś rodzaj przyjemności. Każda dekada potrzebuje poczciwego brainrotu, którego potencjał memiczny już za chwilę zawładnie każdym zakamarkiem social mediów. W ostatecznym rozrachunku "Street Fighter" to wciągająca i całkiem zabawna adaptacja, która powinna spełnić oczekiwania choćby najbardziej cynicznych i marudnych fanów. Sam film ma swoje problemy z tempem, montaż wydaje się momentami pospieszny, a specyficzny humor i estetyka nie przypadną do gustu każdemu (co oczywiście było do przewidzenia). Ale powtórzę: choćby jeżeli nie jest idealnie, oglądanie tego obłędu sprawia sporo niezobowiązującej frajdy.
Idź do oryginalnego materiału