Noah Kahan – The Great Divide – recenzja albumu

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Jego fani intensywnie wyczekiwali tego albumu. Ci, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się z jego muzyką, i tak odniosą wrażenie, iż już to kiedyś słyszeli. Noah Kahan specjalizuje się w utworach, które napełniają nostalgią i przywołują wspomnienia dobrze znanych zakątków rodzinnego domu.

Wyobraźcie sobie starą fotografię, utrwaloną na pożółkłym już papierze. Zza delikatnej warstwy jakiejś plamy po kawie wyłania się faktyczny obraz – sylwetka osoby, której rysy twarzy delikatnie rozmywa ziarno taniego filmu fotograficznego o niskiej czułości. Wystarczy przesłuchać kilka utworów, które napisał Noah Kahan, aby utrwalić sobie w głowie właśnie taki wizerunek tego artysty.

Kahan urodził się w Straffordzie w stanie Vermont, gdzie dorastał przy szkółce leśnej. Ojciec nauczył go gry na gitarze, z kolei mama, która zarabiała na pisaniu poradników rodzicielskich, przyczyniła się do rozwoju umiejętności pisarskich Noah. Dzieciństwo artysty niewątpliwie znajduje odzwierciedlenie w jego współczesnej pracy. Już jako dziecko zamieszczał swoje utwory na SoundCloudzie i YouTubie, a pierwszy kontrakt z wytwórnią Republic Records podpisał w 2017 roku. Przełomowa okazała się piosenka Stick Season, której fragmenty artysta publikował na TikToku już w 2020 roku. Dwa lata później ukazał się album o tym samym tytule. Od tego czasu Noah Kahan pozostaje jednym z najbardziej uznanych folkowych muzyków naszych czasów.

Noah Kahan // Universal Music Polska

Produkcją 17-utworowego albumu zajmowali się Gabe Simon, odpowiedzialny także za Stick Season, oraz laureat nagrody Grammy Aaron Dessner. Drugi z panów może być kojarzony z Bon Iver czy Taylor Swift, którzy wspólnie stworzyli dwa fenomenalne folkowe albumy – Folklore i Evermore. Można więc uznać, iż Kahan zgromadził wokół siebie osoby idealne do pracy nad swoim kolejnym projektem. The Great Divine faktycznie jest bardzo solidnym reprezentantem swojego gatunku. Słychać w nim emocje – zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i lirycznej. Ma w sobie także ten ciepły, sielski nastrój. Niestety, to właśnie on z czasem delikatnie usypia, bo piosenki, choć piękne, dłużą się i zlewają w całość.

Pierwszy z utworów zatytuowany jest End Of August. Ten okres w roku najlepiej opisuje całe wydawnictwo, które przywozi na myśl przez cały czas ciepłe wieczory końcówki wakacji. Doniosłe pianino będzie towarzyszyło nam przez resztę albumu. Głos wokalisty jest zdecydowany, ale jednocześnie delikatny, co uwypukla szczerą i emocjonalną istotę tekstów piosenek. Kolejny utwór, Doors, dokłada gitarę akustyczną, której nie mogło zabraknąć na płycie tego typu. Trzecia w kolejce jest moja ulubiona kompozycja z płyty – American Cars. Nostalgia miesza się tutaj z przyjemnym nastrojem prowadzonym przez szybsze tempo utworu. Do tego gitara elektryczna nakręcająca wspomnienie amerykańskiego snu, którego co prawda nigdy nie zakosztowałam, jednak podczas odsłuchu tej piosenki tęsknię do samochodowych podróży przez kolejne stany.

Dalej moje odczucia zaczynają się ze sobą gryźć. Kolejne utwory są poprawne, wszystkie na wskroś przyjemne… i to mniej więcej tyle, co można powiedzieć o reszcie płyty. Mamy utwory na wskroś folkowe, takie jak Paid Time Off. Masa z nich jest wyraźnie melancholijna – tytułowe The Great Divide, w połączeniu z rozpaczliwie powtarzającymi się frazami, stało się przez to okropnie ckliwe. Gdzieś w drugiej połowie albumu uwagę przykuwa Porch Light. Robi to jednak za sprawą bardziej popowego refrenu, co nie wróży dobrze, kiedy istota płyty ma być zamknięta w folku. W podobnym kierunku zmierza Deny Deny Deny – zresztą też jeden z moich ulubionych kawałków.

Ludowy charakter przywraca Headed North, które zrzuca z siebie nadmiar produkcji. Piosenka jest lekka, nieco surowa. Luźny śmiech wokalisty i słyszane pod koniec utworu świerszcze przypominają nam, gdzie powinniśmy się znajdować podczas odsłuchu The Great Divide. Przez kilka utworów prowadzących do końca tej płyty już nic nas nie zdziwi. Konsekwentnie da się w nich wychwycić tęskne wspomnienie dawnych lat, opatulone delikatną melodią.

The Great Divide to zbiór piosenek niewątpliwie dopracowanych, miłych dla ucha i napisanych od serca. Zbiór ten niestety zrobił się zbyt długi, aby każdej z nich poświęcić równą ilość uwagi. Podstawowa wersja albumu to nieskromne 17 utworów. Noah Kahan rozpisał się jednak tak mocno, iż wypuścił jeszcze The Great Divide: The Last Of The Bugs. Rozszerzona płyta składa się, o zgrozo, z 21 piosenek. 1 godzina i 36 minut materiału brzmi już jak porządny film pełnometrażowy. Album ten staje się dzięki temu świetnym tłem do samochodowych podróży na wakacje czy wieczornych posiedzeń przy ognisku w środku lata. Nie sprzyja to jednak wsłuchiwaniu się w teksty, które naprawdę stanowią mocną stronę Kahana. The Great Divide zdecydowanie dopadła melancholia, a wszyscy dobrze wiemy, jak bardzo kocha ona przesadne przeciąganie tematu.


Fot. główna: Universal Music Polska

Idź do oryginalnego materiału