Obecnie niby się to zmienia, ale przez cały czas żyjemy w świecie i kulturze dowcipów o głupich blondynkach, bo tych o głupich blondynach po prostu nie ma. Zdaniem sporej części szowinistów kobieta nie zna się na piłce nożnej, prowadzeniu samochodu czy zarządzaniu firmą. Generalnie powinna zajmować się podawaniem piwa i mieć duże cycki.
Te wszystkie stereotypy wyśmiewa najnowsza komedia Netflixa „Panie przodem”. Główny bohater Damien Sachs (w tej roli Sacha Baron Cohen), szycha w branży reklamowej, to mizogin i playboy, który kobiety traktuje z góry niczym użyteczne narzędzia. Jest bezczelny i pyszałkowaty, ale pewnego dnia trafia na podwładną Alex (świetna Rosamund Pike), z którą wchodzi w ostry konflikt.
Wygłaszając nerwowo swoje mądrości życiowe, uderza przypadkowo głową w latarnię i budzi się w innym świecie – w którym mężczyźni stoją kilka szczebli niżej w hierarchii społecznej i są obiektem kpin, kawałów i ciągłego poniżania. I tu następuje cała seria gagów, w których kobiety są bezwzględnymi szefami, a faceci pełnią rolę sekretarek. To kobiety piją piwo i oglądają mecze, a faceci w kuchni szykują obiady, robią pranie i plotą warkoczyki swoim dzieciom.
Jest tu wiele scen, które mogą bawić… kobiety. Przez ponad godzinę możemy obejrzeć sobie świat, w którym to faceci są ludźmi drugiej kategorii i muszą przesadnie dbać o siebie, by zwrócić kobiecą uwagę. Poleca się dla nich takie usługi jak „wypełniacze penisa” czy majtki z push-upami na… jądra.
Trochę to wszystko przewidywalne i mimo świetnej jak zawsze Rosamund Pike i zabawnego Sachy Barona Cohena (pamiętny Borat) nie porywa, tym bardziej iż podobna tematyka pojawiła się we francuskiej komedii „Kopnięci w czasie” sprzed roku, w której zatwardziały konserwatysta z lat 50. przenosi się do czasów współczesnych, w których kobiety robią kariery, trenują na siłowni i są policjantkami.
W Polsce wiele lat temu mieliśmy też „Seksmisję” Juliusza Machulskiego, ale tam świat rządzony przez kobiety był karykaturą doprowadzoną do absurdu, a dwaj zagubieni panowie wydawali się oazą rozsądnego myślenia. W „Paniach przodem” mamy zgrabne odwrócenie ról, które panie będzie bawić, a panom przysporzy ożywczej refleksji, a być może przyprawi choćby o zgrzytanie zębów.
Cała akcja filmu Thei Sharrock toczy się w środowisku korporacji. Mamy tu istotną agencję reklamową, duże budżety i wielkie pieniądze. Z przyjemnością zobaczyłbym podobny film dziejący się w polskim środowisku politycznym. Szefem konserwatywnej partii byłaby samotna kobieta z kotem, a szefem liberalnej ruda kobitka z charakterystycznym „er”. Role wszystkich biskupów pełniłyby panie, a najbardziej wygadana i sprytna, zwana ojcem, kierowałaby wpływowym radiem. Prezydentem byłaby wysportowana zapaśniczka, mężczyźni zaś robili tylko kawę i zmieniali wodę w wazonach. Ale czy ktoś u nas odważy się zrobić taki film?






