Kiedy usłyszałem o specjalnej edycji na trzydziestolecie Raymana, byłem zaintrygowany. Gry z bohaterem o lewitujących kończynach były istotną częścią mojego dzieciństwa. To dzięki nim utwierdziłem się w przekonaniu, iż nie mam talentu do platformówek. Mimo to wciąż zanurzałem się w dziwny, kolorowy świat produkcji Ubisoftu. Liczyłem na nostalgiczną podróż w przeszłość. I poniekąd ją dostałem. Nie taką, jakiej się spodziewałem, ale jednak.
Wyobrażałem sobie kompilację najlepszych odsłon z całej historii serii. Zamiast tego otrzymałem kilka wersji, ale tylko pierwszej części. Rayman jedynka ukazywał się przez lata na różnych platformach. Pakiet pozwala sprawdzić i porównać każdą z wariacji. Tylko czy to wystarczy? Mając dostęp do wersji z PlayStation 1, uznawanej za najbardziej dopracowaną, trudno znaleźć powód, by włączać inne. Chyba iż z czystej ciekawości.
Zobacz również: Animal Crossing: New Horizons – Nintendo Switch 2 Edition – recenzja gry
Fot. Kadr z gryNajwięcej czasu spędziłem kiedyś z Raymanem na Game Boy Advance. Sentyment sentymentem, ale wersja na „szaraka” od Sony jest jednak o kilka klas wyżej. Grafika, jak na tamte czasy, robiła wrażenie. Animowane przerywniki dodawały światu życia. Ta odsłona najlepiej oddaje klimat oryginału. I przez cały czas potrafi zachwycić.
W zestawie znajdziemy też wersję na Atari Jaguar. To propozycja dla fanów absolutnej klasyki. Jest także edycja na Game Boy Color, uboższa graficznie i zawartościowo. Dostajemy również wydanie pecetowe. To jedyna wersja, która realnie może konkurować z PlayStation. Ma sporo dodatkowych poziomów. Część stworzyli twórcy gry, a część – fani.
Ciekawostką jest prototyp na SNES-a, który nigdy wcześniej nie trafił do oficjalnej sprzedaży. Brzmi ekscytująco, ale w praktyce jest niedopracowany. Działa topornie i momentami frustruje. Fajnie zobaczyć coś, co przez lata było legendą. Trudno jednak traktować to jako pełnoprawną wersję gry. To raczej bonus dla ciekawskich.
Zobacz również: Tytani. Mroczna królowa. Tom 3 – recenzja komiksu
Fot. Kadr z gryTechnicznie Rayman 30th Anniversary Edition spełnił moje oczekiwania. Poza jednym minusem, o którym za chwilę. Dużym plusem są za to filtry graficzne. Nakładane na obraz, skutecznie budują klimat. Uruchamiając kolejne wersje, czułem, jakbym cofnął się w czasie. jeżeli tęsknisz za kineskopowym telewizorem lub starym monitorem, poczujesz znajomy klimat. To drobiazg, ale działa.
Sama rozgrywka bywa monotonna i bardzo wymagająca. To jednak cecha zachowana z oryginału, nie nowość z kompilacji. Czasem jeden piksel decyduje o sukcesie lub porażce. Udany skok bywa kwestią szczęścia. Najlepszą metodą jest nauka levelu na pamięć. Dla jednych wysoki poziom trudności będzie zaletą. Dla innych – barierą nie do przeskoczenia. To jednak niewątpliwie tytuł głównie dla fanów retro. Opcjonalne ułatwienia istnieją, ale kilka zmieniają.
Zobacz również: Mitski – Nothing’s About to Happen to Me – recenzja albumu. W domu pełnym wspomnień
Fot. Kadr z gryMocnym punktem wydania są materiały dodatkowe. Jak przystało na rocznicę, dostajemy sporo treści zza kulis. Historia powstania Raymana, wywiady z twórcami, grafiki koncepcyjne. Fani branżowych ciekawostek będą zadowoleni. Te dodatki nadają całości wyjątkowego charakteru.
Największym minusem pozostaje z kolei zmieniona ścieżka dźwiękowa. Nowe aranżacje nie są złe, ale brakuje im ducha oryginału. Za muzykę odpowiada Christophe Héral, znany z Rayman Origins i Rayman Legends. Wybór kompozytora wydaje się sensowny. Problem w tym, iż przy tak nostalgicznej produkcji zmiana muzyki boli. Stare utwory były, bądź co bądź, częścią wspomnień.
Rayman 30th Anniversary Edition to solidne i starannie przygotowane wydanie. Nie wierzę jednak, iż przyciągnie tłumy nowych graczy. To raczej prezent dla fanów. Dla nich będzie kopalnią ciekawostek i sentymentalną podróżą. Kto lubi Raymana, będzie zadowolony. Reszta raczej nie znajdzie tu nic dla siebie.
Powyższa recenzja powstała w ramach współpracy z firmą Ubisoft. Dziękujemy!
Fot. główna. PlayStation Store
