
Od dobrej dekady Michael Gira zapowiada odejście od aktualnej formuły Swans. Tymczasem właśnie ukazało się kolejne to-już-naprawdę-ostatnie-tak-monumentalne-wydawnictwo grupy. "Newly Sentient Being" to trwający ponad dwie i pół godziny kolos, przy zaledwie pięciu ścieżkach - ale dwie z nich osiągają po blisko czterdzieści minut, a inna zbliża się do pełnej godziny. Fakt, tym razem to album koncertowy, jednakże w znacznej części wypełniony premierowymi kompozycjami. A choćby jeżeli zdarzają się powtórki utworów nagranych w studiu, to wykonania różnią się drastycznie.
Od czasu swojej reaktywacji Swans działa w dość nietypowy sposób. Nowe kompozycje często debiutują w formie surowych demówek Giry, a z ich sprzedaży finansowane są potem profesjonalne nagrania w pełnym składzie. Zanim jednak muzycy wejdą do studia, najpierw prezentują - wzorem King Crimson z okresu 1972-74 - zespołowe opracowania tych utworów na żywo, ewoluujące z każdym kolejnym występem. I dopiero potem nagrywają wersje studyjne, na czym ich żywot najczęściej dobiega końca. Tak stało się z większością materiału z zeszłorocznego albumu "Birthing", składającego się w większości z utworów rozwijanych podczas poprzedzającej go trasy. Po fonograficznej premierze natychmiast wypadły z koncertowego repertuaru. Nie ma więc po nich śladu także na "Newly Sentient Being", zarejestrowanym podczas finałowego występu ostatniej trasy, 28 listopada 2025 roku w Berlinie.
Czytaj też: [Recenzja] Swans - "Birthing" (2025)
Ale prace nad dwoma utworami z "Birthing" zaczęły się dopiero podczas sesji nagraniowej. I jeden z nich, "The Merge", został włączony do setlisty zeszłorocznej trasy, przy czym albumowy pierwowzór posłużył jedynie jako punkt wyjścia do rozwinięcia pewnych pomysłów, dodania nowych, pominięcia innych - akurat tych faktycznie nietrafionych. O ile nie przepadam za wersją studyjną - brzmiącą jak niedopracowany kolaż trzech różnych kompozycji, z którymi zespół nie umiał zrobić nic sensownego - tak dobrze ponad półgodzinne wykonanie z "Newly Sentient Being" wypada fenomenalnie. W porównaniu z oryginałem jest niemal trzykrotnie dłuższe i opiera się na jego najciekawszym segmencie, tym budowanym wokół transowego groove'u.
Na żywo "The Merge" hipnotyzuje jeszcze mocniej, a przy tym wypada znacznie bardziej intensywnie, brutalnie, przytłaczająco i niepokojąco za sprawą ciężkiej, masywnej gry sekcji rytmicznej, agresywnego zgiełku gitar oraz przeszywających dźwięków przypominających syreny alarmowe. Po kilkunastu minutach coraz bardziej natarczywego hałasu następuje zwolnienie - początkowo bardziej nastrojowe granie przeplata się z jazgotem, by z czasem ustąpić miejsca ambientowemu wyciszeniu. W obu tych segmentach Gira wciela się Jima Morrisona z jego najbardziej teatralnych, nawiedzonych performensów, nadając im wręcz rytualnego charakteru. Utwór już nie wraca do początkowej brutalności, ale na ostatnie dziesięć minut zmienia się w posępną pieśń z powoli przetaczającym się rytmem, klawiszową orkiestracją, pozbawionym nadzieji zawodzeniem Giry, a później także gitarowym zgrzytem. To wciąż jakby kilka utworów w jednym, ale bardziej spójnie i sensownie ze sobą połączonych, poza tym do żadnego segmentu nie mogę się tym razem przyczepić.
Czytaj też: [Recenzja] Swans - "The Beggar" (2023)
W przypadku drugiej kompozycji nagranej wcześniej w studiu - "Paradise Is Mine" z poprzedniego albumu "The Beggar" - wykonanie jest zaledwie kilka minut dłuższe od studyjnego, a zmiany mniej inwazyjne. Jednak i tak działają na korzyść koncertowej wersji, która zyskała bardziej wyrazisty, duszny, z czasem wręcz oniryczny nastrój, uwypuklony groove oraz trochę gitarowego ciężaru. Reszta repertuaru to już premierowe kompozycje. Sam utwór tytułowy trwa dłużej niż typowy album sprzed ery kompaktów. To adekwatnie 54-minutowy jam, podsumowujący dokonania Swans z ostatnich piętnastu lat: jest więc monumentalnie, intensywnie, rytualnie i transowo, nie zabrakło stopniowego budowania napięcia ani podziału na kilka segmentów o różnym natężeniu dźwięku.
Drugie tyle miejsca zajmują dwa nagrania o podobnych tytułach, stanowiące klamrę albumu. Otwieracz "The End of Forgetting", który mógłby samodzielnie wypełniać płytę winylową, rozkręca się stopniowo: od subtelnego post-rocka, przez quasi-piosenkową część zahaczającą o gothic country i neofolk, po około kwadransie zmieniając się w noise'owo-dronową ścianę gitar, z coraz bardziej intensywną sekcją rytmiczną. W drugiej połowie nagranie znów się wycisza, w pewnym momencie zostaje tylko głos Giry z akompaniamentem akustycznej gitary - po chwili gra znów cały zespół, ale wyjątkowo łagodnie i melodycznie. A prowadzi to wszystko do potężnego, podniosłego finału. Ze wszystkich nowych utworów ten jest najbardziej kompozytorsko dopracowany. Kończący całość, ledwo piętnastominutowy "The End of Regretting", dla odmiany niemal w całości utrzymany jest w bardziej subtelnym, post-rockowym nastroju, ale i tutaj istotną rolę pełni hipnotyczny groove, a podczas kody dołącza jazgotliwa gitara.
Czytaj też: [Recenzja] Swans - "Leaving Meaning." (2019)
Zdecydowanie nie należy traktować "Newly Sentient Being" jak typowej współczesnej koncertówki, będącej nic nie wnoszącym dodatkiem do dyskografii. Najnowsze wydawnictwo Swans składa się bowiem głównie z premierowego repertuaru, a powtarzające się kompozycje - zwłaszcza "The Merge" - zyskują tu zupełnie nowej jakości. Całość stanowi pełnoprawną kontynuację i, przynajmniej w zamyśle, podsumowanie obecnego etapu działalności zespołu. Trudno o lepsze zwieńczenie tego okresu - album nie odstaje poziomem od poprzednich wydawnictw. A moim zdaniem właśnie tutaj muzycy doprowadzili obecny styl do najciekawszej formy - na żywo pełne pasji wykonanie pozwoliło wydobyć jeszcze więcej z tej hipnotycznej, rytualnej i przytłaczającej formuły.
Ocena: 9/10
Swans - "Newly Sentient Being" (2026)
1. The End of Forgetting; 2. The Merge; 3. Paradise Is Mine; 4. Newly Sentient Being; 5. The End of Regretting
Skład: Michael Gira - gitara, wokal; Norman Westberg - gitara; Dana Schechter - gitara lap steel, gitara basowa, pętle; Kristof Hahn - gitara lap steel, pętle; Christopher Pravdica - gitara basowa, pętle, taishōgoto; Larry Mullins - instr. klawiszowe, perkusja; Phil Puleo - perkusja, dulcimer
Gościnnie: Laura Carbone - dodatkowy wokal (3); Lucy Kruger - dodatkowy wokal (3)
Gościnnie: Laura Carbone - dodatkowy wokal (3); Lucy Kruger - dodatkowy wokal (3)
Producent: Michael Gira











