The Hollywood Vampires zagrali w Atlas Arena w Łodzi ostatni koncert swojej europejskiej trasy

strefamusicart.pl 14 godzin temu
Zdjęcie: Z63_1901


Jest przy Sunset Boulevard w West Hollywood bar, który nazywa się Rainbow. W latach 70. spotykała się tam grupa muzyków, która piła dużo i raczej nie przejmowała się tym, co będzie jutro. Nazywali siebie Hollywood Vampires.
Kilka lat temu odwiedziłem Rainbow i zamówiłem bezalkoholowego Heinekena. Alice Cooper z ekipą pewnie wykopaliby mnie za to za drzwi, więc jakby co – nic im nie mówcie.
Pół wieku później Hollywood Vampires to już nie klub najbardziej wytrzymałych bywalców baru, ale supergrupa będąca hołdem dla rock’n’rolla lat 70. i ludzi, którzy tworzyli jego historię. Jej trzon stanowią Alice Cooper, Joe Perry, Johnny Depp i Tommy Henriksen.

The Hollywood Vampires zagrali w Atlas Arena w Łodzi ostatni koncert swojej europejskiej trasy, wyciągając w trakcie występu kolejne klasyki z rockowej historii.

Było „I’m Eighteen”, było „Baba O’Riley” The Who, „Roadhouse Blues” The Doors, kapitalne „Heroes” Davida Bowiego z Deppem przy mikrofonie, „Highway to Hell” AC/DC, a także aerosmithowe „Livin' on the Edge” i „Walk This Way”. Na koniec oczywiście „School’s Out”, a jeszcze na bis „The Train Kept A-Rollin’”.

Był też tort. Joe Perry kończył tego dnia 76 lat i swoje urodziny spędził dokładnie tam, gdzie człowiek chciałby widzieć Joe Perry’ego w jego 76. urodziny – na scenie, z gitarą przewieszoną przez ramię.

I chyba właśnie patrzenie na tych ludzi zrobiło na mnie największe wrażenie. Jest coś niesamowitego w muzykach z tamtego pokolenia. W sposobie, w jaki stoją na scenie. Jak trzymają gitarę. Jak się z nią poruszają. Jakby instrument nie był rekwizytem potrzebnym do zagrania koncertu, tylko czymś absolutnie naturalnym, niemal intymnym. Tego nie da się nauczyć na próbach ani podpatrzeć na TikToku. To przychodzi chyba dopiero po kilku tysiącach koncertów, kilku dekadach życia i paru historiach, których lepiej nie opowiadać przy rodzinnym stole.

Patrzysz na nich i przez chwilę naprawdę masz wrażenie, iż rock’n’roll wcale się nie zestarzał.

Hollywood Vampires powstali przecież jako hołd dla przyjaciół Alice’a Coopera i gwiazd rocka, które żyły na krawędzi – czasem niestety zbyt dosłownie. Dlatego „Livin' on the Edge” brzmi tutaj trochę inaczej. Bo na tej scenie stoją ludzie, którzy nie muszą opowiadać legend o tamtych czasach. Oni są częścią tych legend.

Jest w tym wszystkim jeszcze jedna świetna historia. Zanim Johnny Depp został jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów świata, wcale nie marzył przede wszystkim o Hollywood. Chciał być muzykiem. Grał w zespołach, próbował przebić się z gitarą i dopiero później jego życie skręciło w stronę kina.

Patrząc dziś, jak stoi pomiędzy Cooperem i Perrym, trudno więc traktować Hollywood Vampires jak kolejną zachciankę celebryty. To raczej facet, któremu życie zrobiło gigantyczny objazd, żeby po kilkudziesięciu latach doprowadzić go dokładnie tam, gdzie chciał znaleźć się jako nastolatek. Na scenę. Z gitarą.

A ja mogłem stać kilka metrów dalej i to fotografować.

Alice Cooper ma 78 lat. Joe Perry właśnie skończył 76. A potem patrzysz, jak zachowują się na scenie i zaczynasz podejrzewać, iż cały ten rock’n’rollowy tryb życia jednak miał jakieś adekwatności konserwujące.

Może problem z tamtym Heinekenem w Rainbow nie polegał więc na tym, iż był bezalkoholowy. Problem w tym, iż zamówiłem tylko jednego.

DM Agency – dzięki za wieczór.

Relacja foto i tekstowa: Tomash Photography Tomasz Woźniak


Idź do oryginalnego materiału