Turpizm z klasą. Alex Freiheit i Aleksandra Słyż w Pawilonie

kulturaupodstaw.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: fot. Jashan Walton


Miejsce w polu

Pomimo tego, iż wszelkie projekty, w które zaangażowana jest Alex Freiheit, jakkolwiek transgresywne by się wydawały, mają już określone miejsce w polu literacko-muzycznym (lub szerzej mówiąc – artystycznym), to wciąż wywołują problemy genealogiczne. Intermedium zawierające elektroniczną muzykę oraz elementy deklamacji w duchu spoken words i storytellingu jest przecież bardzo rzadką formą w niezależnej sztuce współczesnej.

Można by co najwyżej wymienić kilka projektów poetycko-muzycznych z udziałem Wacława Zimpla czy słuchowisk typu „Drożdżownia” (w reż. Tomasza Gwincińskiego i Pawła Passiniego). Nie znam również wielu krytycznych opracowań tego rodzaju nurtów muzycznych, a tym bardziej muzyczno-performatywnych.

Ze względu jednak na proweniencję, artystyczną działalność i publikację w określonych wydawnictwach (zarówno muzycznych, jak i książkowych), myślę, iż Alex Freiheit można sytuować gdzieś na bardzo luźnym styku współczesnej poezji, slamu i tożsamościowo – intymistycznego performance’u, co oczywiście zmienia się z rodzajem publikacji, powołując pewne wariacje i odchylenia.

Publikacja tomu poetyckiego w wydawnictwie Ha!art oraz nagroda Paszport POLITYKI ostatecznie konsekrowała ją na głos radykalnej lewicowej mniejszości, co – paradoksalnie – nie odebrało artystce antysystemowej aury. Proweniencji uprawianej przez nią muzyki (a przynajmniej tej w jej najnowszej odsłonie) intuicyjnie doszukiwałbym się gdzieś w wielkopolskiej elektronicznej scenie postrapowej (należeliby do niej m.in.: zespół naprzykłat, Syny, czy wczesny Wojciech Bąkowski i grupa KOT), przy której w wyniku tego samego, wielkopolskiego Zeitgeistu powstała poznańska slamka poetycka, gdzie często wiersze urozmaica się dźwiękiem muzyki.

fot. Tomasz Koszewnik

Druga połowa duetu to Aleksandra Słyż, osoba z wykształceniem muzycznym, która studia z realizacji dźwięku ukończyła w Poznaniu oraz Sztokholmie. Jej dronowo-noise’owa twórczość oraz liczne projekty, w które angażuje się, sprawiają, iż artystka funkcjonuje w obiegu kuratorsko-akademickim.

Razem artystki tworzą niezwykle interesujące połączenie, może choćby performatywny mezalians. Muzyczce udało się dopasować częstotliwość fal do pełnego emocji głosu wokalistki. To momenty, w których dronowe fale krążą po sali galerii jak dźwięki organów w katedrze, by zatrzymać się i repetować, tak aby Alex Freiheit mogła powtórzyć słowa konfesji.

Myślę, iż tego rodzaju performance niesie w sobie potencjał jeszcze innego intermedium – muzyki elektronicznej tworzonej równorzędnie podczas deklamacji. Niekiedy ten improwizacyjny potencjał wybrzmiewa w nagranym przecież albumie, co wyrywa odbiorcę doświadczenia z medytatywnego, aczkolwiek pasywnego uczestnictwa, dodając wydarzeniu improwizacyjnego sznytu.

Biorąc udział w wydarzeniu, trudno jednak myśleć o inercji, gdyż w trakcie wykonu artystka spaceruje między uczestnikami i uczestniczkami, wykrzykując im w twarz całą gorycz, jaką mieści w sobie liryka albumu „GHSTING”, a jest jej wiele i zaraz postaramy się ją rozpakować.

Oko

Strach przed uszkodzeniem oka jest jednym z najbardziej paraliżujących. Zachodnia kultura uprzywilejowała sobie zmysł wzroku, o czym świadczy fakt, iż „widzieć” i „wiedzieć” ma ten sam praindoeuropejski źródłosłów (u̯oi̯d-).

Spojrzenie (gaze) może zatem projektować, uprzedmiotawiać i kolonizować. Spojrzeniem możemy pożerać i być pożerani.

„Wyciskam sb na twoich oczach oko” – deklamuje performerka w masochistyczno-ekshibicjonistycznej fiksacji.

Kiedy indziej podmiotka perwersyjnie sugeruje: „E no widać, iż nie wylizał nikomu nigdy konkretnie oka”.

Organ widzenia „swędzi”, jest zaropiały, a w dodatku cierpi na powracające bielmo i chronicznie wpadają do niego rzęsy, które podmiotka ostatecznie wyrywa.

fot. Tomasz Koszewnik

Jako iż charakter tego albumu podszyty jest surrealizmem, to nawiązanie do „Psa andaluzyjskiego”, w którym Salvador Dali i Luis Buñuel na początku przedstawili nam słynną dziś scenę przecinania oka, będzie jak najbardziej na miejscu.

W tym niemal stuletnim filmie gest ten symbolizował uzewnętrznienie podświadomego, w tym albumie jest to jednak oznaka fiksacji poprzez samookaleczenie. Być może to treść traumy powracająca w wiecznym wyparciu i perseweracji?

Podmiotka-pokojówka w pokoju 303 przestaje brać leki („spuszczam blister tritico do kibla”), w efekcie węzeł podtrzymujący psyche w stanie normatywnym pęka.

fot. Tomasz Koszewnik

Skutek? — Psychoza; inne „oko” otwiera się i widzimy ducha pokojówki, który „zwisa z sufitu”.

Co ciekawe, gdy szkiełko pęka (nie mógłbym odmówić sobie tutaj tej aluzji do Mickiewicza), historia – jak trauma w rozumieniu psychoanalitycznym – zatacza kolejną pętlę.

Tytułowy, zmarły w ’89 roku duch opowiada nam te same historie o pracy w hotelu i taplaniu się w brudach, zmywaniu plam, wymiocin, płynów ustrojowych i włosów łonowych („Wyciągnęłam z kratki metry włosów (…) Ociekających waszymi (…) wypocinami, flegmami, liszajowatymi wacikami”).

Cały ten sztafaż przywodzi nam na myśl jedną z kategorii antykallizmu (z greckiego anti – przeciw, kallos – piękno), a mianowicie brzydotę brudu, którą utożsamia się z turpizmem.

Plama na umyśle, plama na sumieniu

„Na suficie zaczyna zwisać znowu ta postać (…) / Z mojego oka zaczyna bryzgać śmierdząca gównem ropa / Zaczynam wyciskać sobie wszystkie gruczoły łojowe / Oślepiam tych dwoje na oślep / Jeden z nich chwyta litra Cleaner Over / I… rozbija mi głowę / Zmieścił się chłopak w dobie hotelowej / Dołączam do ściany i dywanu / Zostaję kolejną niedomytą w waszym wynajętym hotelu plamą”.

Plama w hotelu jest skazą na perfekcyjnie funkcjonującym zachodnim hotelu (pozwolę sobie powiedzieć, iż jest to hotel zachodni, pomimo opisu zagranicznego wydawcy, który wskazuje na wschodnioeuropejskie proweniencje, gdyż wątki związane z diasporą jasno wskazują na topos polskiej emigracji).

Plama jest skazą na umyśle, tym oświeceniowym, który „plamę” rozumie jako błąd w systemie. Jest to również plama na sumieniu w podwójnym wymiarze – jako powód do wstydu przełożonego-menadżera i tym samym gorycz emigranckiej klasy robotniczej pracującej tam, jak się okazuje, od pokoleń.

fot. Materiały prasowe

Ten wątek diaspory warto rozwinąć, gdyż dotyczy on szczególnie ważnego aspektu klasowego. Kobieta między przerwami w wyciąganiu z umywalki włosów łonowych myśli o lepiej sytuowanym menedżerze pizzerii, którego Super Stary stoją dumnie na półce niczym reprodukcja któregoś z greckich popiersi. Jest to trofeum, nagroda za zaradność i umiejętności adaptacyjne na obczyźnie.

Podmiotka wspomina nieudane związki, slut-shaming i ostracyzm – wszystko to językiem nie tyle stylizowanym, co naturalnym, jednak nie zawsze. W diasporę wpisana jest adaptacyjna aspiracja, dlatego sama pokojówka, jako twórczyni stylizacji uciec nie może:

„Jestem tu klasistowską suką po szkole średniej / Nauczona tego stylu od pisarki współczesnej”.

fot. Tomasz Koszewnik

Tym samym odbiorcy nieuchronnie narzuca się konotacja do Olgi Tokarczuk, pracującej niegdyś w hotelu „Capitol” jako pokojówka właśnie.

W opowiadaniu „Numery” noblistka opisuje rozkład apartamentów, łącząc określone cyfry z nawykami zamieszkałych tam gości. Podobnie jak w przypadku albumu „GHSTN”, jest to perspektywa klasy pracującej, której zmagania (labour), choć stanowią fundament funkcjonowania hotelu, nie są zauważane czy doceniane. Próbując odzyskać podmiotowość pokojówka wypowiada słowa:

„mnie na robocie mówię to ja / u mnie na robocie mówi to ta pisarka / ponieważ u mnie na robocie mówi to ta malarka / u mnie na robocie mówi to ta rzeźbiarka o wysokich wskaźnikach kompetencji kulturowych i obserwacji terenów zdegradowanych społecznie, dotknięta chorobą psychiczną, przyglądająca się bystrze chorobom społecznym”.

Tym samym panoptikon się odwraca – to robotnik, pokojówka nadzoruje.

Album Alex Freiheit i Aleksandry Słyż to istotny głos w kraju, w którym świadomość klasowa jest wypierana lub ignorowana. W jednej z recenzji przeczytałem, iż „słowa w tych utworach ważą”; niewątpliwie pulsują pod ciężarem świetnie dobranych, dronowych fal, jednak one same, pozwolę sobie stwierdzić, nie niosą znamion poetyckiego poligłosu.

To intymne doświadczenie wykrzyczane do ludzi na koncercie i słowa z odzysku, przechwycone z godzin spędzonych w pracy wymuszonej na diasporze niewidzialną ręką. Ściśnięci nią za gardło emigranci swoje nie-do-odzobaczenia obrazy muszą opowiedzieć własnym językiem. W swojej, choćby psychotycznej i marginalnej, aczkolwiek własnej opowieści.

Cytując Odo Marquarda:

„Im bardziej rzeczy stają się uprzedmiotowione, tym bardziej, tytułem rekompensaty, potrzebne są opowieści. W innym wypadku ludzie umierają na uwiąd narracji”.

Idź do oryginalnego materiału