Androidy, kosmici i czarodzieje? Marvel Studios jako jedyne zbudowało niepowtarzalne i spójne uniwersum, gdzie każdy człowiek znajdzie coś dla siebie. Jednak z końcem wieloletniej Sagi Nieskończoności pewien czar prysł, a MCU zyskało rzeszę przeciwników i krytyków.
Od pewnego czasu zacząłem wstydzić się bycia fanem filmów superbohaterskich. W głębi duszy nigdy nie przestałem kochać tych postaci i śledzić kolejnych produkcji z pełnym ekscytacji, bijącym sercem. Ta presja społeczna i maska alianta jednej ze stron męczy swoim fałszem i mimetycznym pragnieniem naśladowania kolejnych krytyków. Dość było tłumaczeń, iż The Boys ustanawia nowe standardy, gdy ostatni sezon okazał się raczej klapą. Dość było wiary, iż Kevin Feige ma plan. Pora spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, iż Marvel Studios… wcale się nie zatracił. To my zatraciliśmy umiejętność odbierania rozrywki bez konieczności natychmiastowego jej oceniania.
fot. materiały prasowePracoholizm to domena naszych czasów. Bagatelizowany przez całkowitą aprobatę ambicji i osiągania celów ponad wszystko. Sam jestem rzemieślniczo skrojoną okładką poradnika “Jak nie odpoczywać?”. Aktywny udział w kulturze sprawia, iż każda interakcja ze sztuką, człowiekiem bądź zwykłym zdarzeniem to wysiłek intelektualny. To potencjalna wartość, którą można przerodzić w twórczość. Choć to pasja, nie brakuje jej przebodźcowującego charakteru. Żyjemy w “społeczeństwie zmęczenia” Byung-Chula Hana, gdzie odpoczynek kończy się na obligatoryjnym biologicznie resecie przed dalszą mechaniczną pracą. Jak Tony Stark poświęcamy noce, relacje i własne zdrowie, aby tylko dokończyć ten jeden projekt – zbroję, którą stale dopracowujemy. Zbroję, która skrywa całą delikatną prawdę.
Robert Downey Jr. do MCU powraca, ponownie w masce i zbroi – tym razem jako Doctor Doom. Dokładnie pamiętam noc, kiedy bracia Russo ogłosili nowinę, która wysadziła internet. Pierwsze reakcje były zdecydowanie entuzjastyczne, tak jak moja. Kolejne dni mijały, a krytyki w komentarzach przybywało coraz więcej. “Feige nie ma już pomysłów”, “Marvel się skończył” oraz moje ulubione “przed Avengers: Koniec gry było lepiej”. Szczególnie my, Polacy, tak lubimy wspominać dawne czasy. W sumie, o ile te 10-15 lat temu filmy superbohaterskie były “lepsze”, to PRL musiał być prawdziwym rajem. To zjawisko wcale nie jest zaskoczeniem. Przecież wszelkie teorie wartości informacji właśnie negatywizm wskazują jako jedną z najważniejszych cech atrakcyjnych wiadomości.
fot. materiały prasoweWspomniana przeze mnie teoria mimetyzmu René Girarda w połączeniu z wszechstronnym hejtem prowadzi do sytuacji bezprecedensowej – chłoniemy negatywną atmosferę i z niej staramy się wykuć wizerunek ostrego krytyka kultury. Nie mam nic przeciwko uargumentowanym wypowiedziom punktującym wady Eternals czy Moon Knighta. Jako recenzent sam często mankamenty wyciągam i opisuję. Tylko iż w takiej krytyce przydaje się orwellowskie dwójmyślenie. Można z precyzją wytykać błędy w scenariuszu, a jednocześnie subiektywnie doskonale bawić się na seansie. Stanęliśmy właśnie w momencie, kiedy pierwsza zapowiedź Avengers: Doomsday trafiła do sieci. O tym, co się zadziało w mediach społecznościowych nie trzeba mówić – wystarczy spojrzeć. Komentatorzy na niespełna 5 miesięcy przed premierą filmu wydali swój werdykt. Premiera będzie dniem zagłady całej franczyzy.
Nic nowego, oczywiście. Mnie jednak zaniepokoiła inna kwestia. Natrafiłem na kilka reakcji moich znajomych, którzy razem ze mną wyznają wiarę w produkcje z gatunku superhero. Uderzyło mnie to, iż praktycznie każdy stwierdził, iż nie czuje “hype’u”. Choć od dłuższego czasu śledziłem to zjawisko, dopiero teraz zacząłem szukać odpowiedzi. I myślę, iż je mam.
fot. materiały prasowePrzede wszystkim zapominamy, iż DC, Marvel czy inne franczyzy czerpiące z komiksów nigdy nie miały być autorskim kinem gatunkowym. To blockbustery, które dostarczają ludziom rozrywki, a producentom – masę pieniędzy. W błocie i perła się znajdzie, więc mamy trylogię Batmana od Christophera Nolana czy Spider-Man: Uniwersum. o ile jednak od takiego kina chcemy wymagać dzieł pokroju Bękartów wojny Quentina Tarantino czy Gladiatora Ridleya Scotta, to na własne życzenie się zawiedziemy. To właśnie taki Dzień objawienia Stevena Spielberga powinien zadowolić zarówno miłośników kosmitów, jak i tych, którzy szukają odpowiedzi na pytanie “kim jestem w tym całym wszechświecie?”. I słusznie ten film stał się memem i często jest atakowany za niespełnienie tych oczekiwań.
Warto zdjąć zbroję, którą daremnie sobie kujemy. Definiować swoje życie według sztywnego scenariusza to jak siedzieć w pracy bez przerwy na papierosa lub wyjścia do łazienki. A chyba każdy potrzebuje chwili na doomscrolling i włoskie brainroty. Pozwólmy więc czasem produkcjom Marvela być po prostu naszym popkulturowym przerywnikiem. Kto wie, może wtedy ten utracony hype sam do nas wróci…
fot. główna: materiały prasowe









