YHWH Nailgun – Magazine – recenzja albumu

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Amerykański kwartet powraca rok po swoim głośnym, nietuzinkowym debiucie. Magazine, drugi studyjny album w dyskografii YHWH Nailgun może okazać się zaskoczeniem choćby dla najzagorzalszych fanów formacji. Tym razem zespół podążył ze swoim szalonym, chaotycznym stylem w nieco innym kierunku.

Przy tak nieoczywistym podejściu do alternatywnego brzmienia z jakiego zasłynął YHWH Nailgun, trudno było przewidzieć, co przyniosą przyszłe wydawnictwa. Wypadałoby wręcz zarzucić klasykiem – spodziewajcie się niespodziewanego. Bo czym tak w zasadzie jest muzyka zaprezentowana na debiutanckim albumie 45 Pounds? YHWH Nailgun to ten wyjątkowy przypadek, gdzie żaden namedropping nie pozwoli nam wystarczająco wyraźnie zarysować tego, co wydobędzie się z naszych głośników. Spójrzmy na kilka haseł, które widnieją w artykule o zespole i jego muzyce na Wikipedii. Rock eksperymentalny? Jak najbardziej, ale w 2026 to pojęcie tak obszerne, iż nie mówi zbyt wiele. Noise rock, post rock? Z pewnością elementy obu z nich są tutaj słyszalne. Jednocześnie przy pierwszym zetknięciu można mieć wątpliwości, czy jest tutaj jakaś gitara, czy może za tymi dźwiękami stoi syntezator.

Wszystko to, o czym wspomniałem, jest jednak wyczuwalne w materiale na 45 Pounds. YHWH Nailgun brzmią, jakby każdy z muzyków miał swoją, nieco odmienną wizję i pomysł. Jednocześnie w całości w jakiś sposób to działa. Brzmi to jakby po zagładzie nuklearnej na nowo rodząca się ludzkość odnalazła nagrania rockowe z ostatnich kilku dekad. Następnie zinterpretowała je po swojemu, w tubylczym, surowym, nieco brutalnym rytmie. Czy podobną energię odczujemy na tegorocznym albumie?

W dyskusjach o Magazine chyba najczęściej wspomina się o jego długości trwania. Album miał swoją premierę jedenastego czerwca i trwa jedenaście minut. Znajdziemy tutaj dziesięć piosenek, więc żadna z nich nie dobija do dwóch minut, a są takie, które nie docierają choćby do jednej. Brzmi absurdalnie, jednak pamiętajmy, iż 45 Pounds trwał zaledwie 21 minut. Najwyraźniej w świecie YHWH Nailgun są to odpowiedniki albumów rozciągniętych, rozbudowanych oraz szybkich, skondensowanych. Zespół zdaje się zapożyczył długość utworów z gatunków takich jak grindcore czy powerviolence i zaprezentował własną ekstremę. Jak wpływa to na odbiór muzyki? Przede wszystkim może się zdarzyć, iż niesłusznie zignorujemy album i go niedocenimy. Ja sam po pierwszym przesłuchaniu nie byłem pewny, czego w zasadzie doświadczyłem. o ile się jednak skupimy, będziemy w stanie usłyszeć, iż cały miraż gatunkowy, o którym wspominałem, wciąż tutaj jest. Muzycy przez cały czas poruszają się gdzieś pomiędzy noisem, punkiem i funkiem, jednak całość wybrzmiewa nieco inaczej.

YHWH Nailgun – Full Performance (Live on KEXP)

Muzyka na Magazine jest w pewnym sensie wycofana względem tego, czego doświadczyliśmy na debiucie. Nie atakuje słuchającego, nie rozrzuca go po kątach i nie pochłania tak dużo energii, aby móc za tym wszystkim nadążyć. Zamiast tego, Magazine pełznie gdzieś pod skórą, utrzymując nas w ciągłym poczuciu niepokoju, co jakiś czas ściskając nam głowę. Najlepszym tego przykładem jest utwór Give Blood. Perkusja wraz z wokalem pędzą przez utwór, a z całości jedynie wybija nas co jakiś czas basowe tąpnięcie i syczący syntezator. Świetny otwierający Ghost of Love, który serwuje nam coś w rodzaju elektronicznej psychodelii, z tą charakterystyczną, połamaną i paranoiczną melodią w tle, która pod koniec zmienia się w kakofonię. pozostało fantastyczny Stillness Blues, który nie ma nic wspólnego z ciszą. Raz za razem pojawiają się tutaj potężne, przesterowane basowe uderzenia. Podobnie jak w Give Blood, jednak tym razem góruje to nad całością, dając nam utwór o innym charakterze.

Oczywiście muzyka YHWH Nailgun nie byłaby kompletna, gdyby nie wokal Zacka Borzone’a. Ten szorstki, zachrypnięty głos to najbardziej charakterystyczny element na debiutanckim materiale, który nadawał mu punkowej energii. W każdym jednym utworze brzmiał, jakby zaraz miał wyzionąć ducha, co fantastycznie kontrastowało z chaotycznymi kompozycjami, w których dzieje się tak wiele. Na Magazine brzmi on nieco inaczej, wpasowując się w atmosferę całości. Z trudem przedziera się przez kolejne kompozycje, jakby sam był przygnieciony ciężarem tych utworów. Idealnie wpasowuje się w warstwę muzyczną, będąc kolejnym pasującym trybikiem w tych szybkich, pełnych kakofonii strzałach. Nie ukrywam jednak, iż częściej będę wracał do jego popisów wokalnych z 45 Pounds.

Całość stała się też bardziej klaustrofobiczna. Nie mówię tutaj wyłącznie o długości trwania utworów, ale też samym brzmieniu. Utwory wgniatają nas w ziemię, a choćby o ile któryś z nich daje nam odetchnąć, to jest to dosłownie chwila. Długość albumu to dosyć interesujący eksperyment. Muzykom udało się przygotować spójną i zamkniętą całość, która ma więcej sensu, niż na pierwsze przesłuchanie się wydaje. Jednocześnie jest to muzyka mniej zróżnicowana niż na zeszłorocznej płycie. Usłyszymy tutaj dużo powtarzających się motywów i zagrywek, przez co tęskni się za chaosem poprzednika. W dodatku są tutaj takie utwory jak nagle urywający się tytułowy Magazine lub dziwaczny To the Devil, do których przez cały czas nie wiem jak podejść. Jest też kilka dobrych utworów, które aż proszą się o rozbudowanie. Jednocześnie nie chcę sprowadzać tej płyty jedynie do czegoś w rodzaju ciekawostki. Chociaż jedenastominutowy, jest to pełnoprawny album studyjny, na którym muzycy zaskakują po raz kolejny.


Fot. główna: Steve Gullick

Idź do oryginalnego materiału