Dzień dobereł.
Widzę czasami posty typu „zachwyty nad Project Hail Mary”, a pod nimi komentarze, że:
– okropnie okrojono książkę i to kiepska ekranizacja,
– to nie jest science fiction, bo astrofagi xD,
– co to za g…, bo przecież tam kilka się dzieje, science mało, jakaś bajka dla wszystkich…
I pewnie mogłabym wymieniać tak dalej.
Ale na podstawie powyższego, to aż mnie dziwi to, iż ja ze swoim słabo optymistycznym nastrojem potrafię się cieszyć takim czymś, jak „Project Hail Mary”, w przeciwieństwie do innych xD. A może chodzi o to, iż nie mam kija w czterech literach?
No to na gwałtownie o mojej filozofii:
najpierw oglądam film, potem czytam. Jak powieść świetna, to zadowolenie jest podwójne. Warto sobie robić przerwę między jednym a drugim, to zawsze działa na korzyść pierwowzoru.
science fiction, fantasy… dobra, dobra. Nurty są ważne, bo takie wynalazki jak serialowy „Willow” zawstydzają choćby twórców*. Ale jeżeli historia opiera się na psychologii czy wartościach, to po prostu gatunek przestaje być istotny. To, co uniwersalne – nie ma znaczenia, jakie szaty przybierze. Po prostu, i tak historia wjedzie do serca. Więc choćby jeżeli „Project Hail Mary” to gówniane SF, to „Project Hail Mary” jest niesamowitym widowiskiem i piękną, ludzką opowieścią. To jest o wiele ważniejsze od gatunku, bo gatunek to tylko PRETEKST.
Więc po prostu – czas wyjąć kija z czterech liter i cieszyć się z tego filmu.
* serial wycofany ze streamingu.







