Przychodzi czasem taki moment w życiu zespołu, kiedy trzeba podjąć trudne decyzje i zdecydować się na personalne zmiany. Odpowiednio dobrany skład potrafi nie tylko tchnąć w formację nową energię, ale również pozwolić jej dopracować własny styl i wejść na wyższy poziom. W przypadku niemieckiego Generation Steel zmiany okazały się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Zespół istnieje od 2019 roku, a dziś, po przebudowie składu, brzmi zdecydowanie dojrzalej, mocniej i bardziej przekonująco. Ze starego składu pozostał gitarzysta Jack the Riffer, ale zaprosił do współpracy doświadczonych muzyków, którzy wnieśli do zespołu sporo świeżości.
Nowy skład, nowa jakość, nowa energia i wreszcie nowy album – „Steelmachine”, który ukaże się 16 października nakładem Fireflash Records. Generation Steel wraca po trzech latach z materiałem, który śmiało można uznać za najlepszy w dotychczasowej karierze zespołu.
Największe zmiany zaszły oczywiście w składzie. Do formacji dołączył przede wszystkim utalentowany i dobrze rozpoznawalny Mike Stark, który swoim charakterystycznym głosem daje się poznać między innymi w Stormburner czy Feanor. Jego wokal idealnie pasuje do niemieckiego heavy/power metalu, a stylistyczne skojarzenia z Paragon, Iron Savior, Accept czy Grave Digger pojawiają się niemal od pierwszych minut albumu.
Razem ze Starkiem z Feanor przybył również muzyk doskonale znany fanom Running Wild – Thilo Hermann. Miło ponownie zobaczyć go w akcji, a jego gra na gitarze jest jednym z mocniejszych punktów całego materiału. Sama obecność takiego nazwiska w składzie Generation Steel stanowi już sporą atrakcję i dodatkową zachętę, by sięgnąć po ten album. Na perkusji zasiadł Marc Laukel, natomiast za bas odpowiada Fabian Waterman.
Dużym krokiem naprzód okazało się także zaangażowanie Pieta Sielcka. Muzyk zadbał o brzmienie albumu, dołożył swoje wokalne partie i pojawił się również gościnnie w jednym z utworów. To w dużej mierze dzięki jego pracy w brzmieniu Generation Steel pojawiają się tak wyraźne skojarzenia z Iron Savior czy Paragon. Produkcja jest mocna, klarowna i odpowiednio surowa, dzięki czemu gitary mają sporo miejsca, a całość brzmi naprawdę rasowo.
Szkoda jedynie, iż okładka nie dorównuje muzycznej zawartości. Ma wyraźnie wyczuwalny posmak grafiki generowanej przez AI i jest chyba najsłabszym elementem całego wydawnictwa. Na szczęście gwałtownie przestaje mieć to znaczenie, bo muzyka wynagradza tę niedoskonałość z nawiązką. Już po kilku utworach słychać wyraźną różnicę w jakości. Zespół jest bardziej zwarty, pewniejszy siebie i zdecydowanie bardziej drapieżny. Kompozycje są przemyślane, aranżacje dopracowane, a muzycy doskonale czują wspólny kierunek.
Nowy album zawiera dziewięć kompozycji, które dają łącznie około 41 minut muzyki. Na pierwszy ogień trafia tytułowy „Steelmachine” i już pierwsze sekundy pokazują, z czym mamy do czynienia. Utwór natychmiast przywołuje skojarzenia z Paragon, Iron Savior czy Grave Digger. To potężna dawka energii, mocnych riffów i klasycznego niemieckiego heavy/power metalu. Jest konkretnie, dynamicznie i bez zbędnego kombinowania. Tak właśnie powinien brzmieć ten gatunek w niemieckim wydaniu. Apetyt na dalszą część albumu zostaje rozbudzony natychmiast. Dalej otrzymujemy singlowy „Wings of Fire” i ponownie trafiamy na dobrze znane terytorium. Nieco bardziej stonowane tempo, masywne brzmienie i ostre partie gitarowe tworzą kompozycję, która mocno czerpie z klasyki niemieckiego heavy metalu spod znaku Accept czy Grave Digger. Utwór ma w sobie więcej bojowego charakteru i epickiego zacięcia, a przy tym nie traci przebojowości. To kolejny mocny punkt płyty. Trzecim singlem jest „Witches Cross” – i tutaj mamy kolejny potencjalny hicior. Zachwyca energia, ostry niczym brzytwa riff oraz chwytliwość, która sprawia, iż refren gwałtownie zostaje w głowie. Warto pamiętać, iż Thilo Hermann odegrał sporą rolę w komponowaniu materiału i w tym przypadku jest to doskonale słyszalne. Refren ma pewne cechy charakterystyczne dla Running Wild, ale nie jest to bezmyślne kopiowanie. To raczej umiejętne przemycenie klasycznych patentów do stylistyki Generation Steel. Prawdziwa perełka i kolejny dowód na to, w jak świetnej formie znajduje się dziś ten zespół. Single mamy już odhaczone, więc czas sprawdzić, co kryje się na pozostałej części albumu.
Zaczynamy od brutalnego „The Priest”, który mocno nawiązuje do Iron Savior oraz Paragon. Utwór jest krótki, ale niezwykle intensywny. W kilka minut sieje spustoszenie i pokazuje, jak efektownie Generation Steel potrafi połączyć klasyczny heavy metal z power metalową dynamiką. Jest tu wszystko, czego fan gatunku może oczekiwać: mocny riff, energia i odpowiednia dawka ciężaru. Po takim numerze chce się jeszcze więcej.
Nieco zwalniamy przy „I Am the Storm”. To bardziej stonowana, klasycznie heavy metalowa kompozycja, w której można złapać oddech i delektować się nieco bardziej przystępnym obliczem zespołu. Generation Steel pokazuje tutaj, iż potrafi również operować prostszymi, bardziej komercyjnymi rozwiązaniami, nie tracąc przy tym swojej tożsamości. Niemcy zdecydowanie najlepiej wypadają jednak wtedy, gdy przyspieszają i dorzucają mocny, konkretny riff. Świetnym przykładem jest dynamiczny „Fields of Pain”. To prawdziwa uczta dla fanów klasycznego heavy/power metalu. Aż miło słuchać, jak bardzo zespół rozwinął się przez ostatnie lata. Jest w tym numerze energia, pewność siebie i przede wszystkim ogromna frajda z grania.
Piet Sielck zaznacza swoją obecność w topornym i drapieżnym „Rise Up”. Już od pierwszych sekund słychać tutaj wpływy Judas Priest oraz Iron Savior. Ciężkie riffy, charakterystyczna motoryka i odpowiednio podkręcona agresja tworzą jeden z bardziej wyrazistych momentów albumu. To kolejny atut tej kompozycji. „New Frontiers” również nie pozwala zwolnić tempa. To mocny, pełen drapieżności numer, w którym gitary brzmią dokładnie tak, jak powinny. Generation Steel ponownie zbliża się tutaj do stylistyki Paragon i Iron Savior, ale robi to z własną energią i odpowiednią dawką melodii. Kompozycja jest konkretna, nośna i doskonale sprawdza się jako kolejny element tej metalowej układanki.
Finał albumu stanowi ośmiominutowy „Island of Tragedy”. I właśnie tutaj pojawia się moje największe zastrzeżenie. Nie jestem przekonany, czy utwór potrzebował aż takiej długości. Przy najbardziej rozbudowanej kompozycji na płycie oczekiwałem większego napięcia, kilku zwrotów akcji i elementu zaskoczenia. Tymczasem numer, choć dobry i solidnie wykonany, nie robi takiego wrażenia jak wcześniejsze killery. Brakuje mi tutaj poczucia wielkiego finału i kulminacji całej płyty. To zdecydowanie nie jest zły utwór, ale na tle reszty materiału wypada nieco mniej efektownie.
Co za zmiana! Co za rozwój! Kto by pomyślał, iż zespół, który jeszcze niedawno można było zaliczać do drugiej ligi niemieckiego heavy metalu, zrobi taki krok naprzód i zacznie dobijać się do ścisłej czołówki? Generation Steel przebudował skład, zaprosił do współpracy Pieta Sielcka, zadbał o odpowiednią produkcję i przede wszystkim dopracował same kompozycje.
„Steelmachine” pokazuje zespół bardziej dojrzały, zgrany i zdecydowanie bardziej drapieżny. Niemcy nie próbują wymyślać heavy metalu na nowo. Zamiast tego sięgają po sprawdzone rozwiązania i umiejętnie łączą wpływy Paragon, Iron Savior, Accept, Grave Digger czy Judas Priest. Dzięki temu powstał album pełen mocnych riffów, chwytliwych refrenów i rasowego, niemieckiego metalowego charakteru.
Thilo Hermann ponownie pozytywnie zaskakuje. Najpierw pokazał się z dobrej strony w Feanor, a teraz robi to samo w Generation Steel. W połączeniu z wokalem Mike’a Starka tworzy bardzo interesujący duet, który nadaje zespołowi dodatkowego charakteru.
Generation Steel zrobił ogromny krok naprzód. Zespół awansował do wyższej ligi i stworzył materiał, który może zainteresować nie tylko dotychczasowych fanów, ale również słuchaczy wychowanych na klasykach niemieckiego heavy/power metalu. „Steelmachine” to dowód na to, iż odpowiednie zmiany personalne potrafią całkowicie odmienić oblicze zespołu.
Brawo, panowie! I brawo Generation Steel. Więcej takich płyt poproszę!
Ocena: 9,5/10















