– Idź stąd!!! Mówię ci – idź! Co się tutaj szwendasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią duży półmisek z gorącymi pierogami i popchnęła sąsiadującego chłopaczka. — No już, zmykaj stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie cię pilnować?! Leniuszku! Chudy jak tyczka Saniok, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy dawno przywykli do jego przezwiska, spojrzał na srogą sąsiadkę i powlókł się do swojego ganku. Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań był zamieszkany tylko częściowo. Tak naprawdę mieszkały tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie oraz Karpenkowie — Kasia z Saniokiem. Ci ostatni byli właśnie tą “połówką”, której zbytnio nie poważano i woleli ignorować, chyba iż nadarzyła się pilna potrzeba. Kasia nie była uważana za istotną osobę, więc szkoda było na nią czasu. Poza synem Kasia nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale zbytnio nie dokuczano, chyba iż sporadycznie przeganiano Sanioka, którego nazywano “Konikiem” przez jego chude, długie ręce i nogi oraz dużą głowę nie wiadomo jak utrzymującą się na cienkiej szyi. Konik był okrutnie niepozorny, lękliwy, ale bardzo dobry. Nie mógł przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, od razu rzucał się, by pocieszać — za co matki często dawały mu burę, bo nie chciały tolerować “straszydła” w pobliżu swoich pociech. Kim jest Straszydło, Saniok przez długi czas nie wiedział. Ale później mama podarowała mu książkę o dziewczynce Elżbietce i wtedy zrozumiał, czemu tak go nazywają. Nie zamierzał się jednak obrażać. Saniok uznał, iż ci, którzy go tak wołają, czytali też tę książkę, a zatem wiedzą, iż Straszydło było mądre i dobre, każdemu pomagało, a potem zostało władcą przepięknego miasta. Kasia, której syn podzielił się swoimi spostrzeżeniami, nie zamierzała mu tego wyprowadzać z głowy. Uważała, iż nie ma w tym nic złego, jeżeli chłopczyk będzie myślał o ludziach lepiej, niż są w rzeczywistości. Bo zła na świecie i tak jest już pod dostatkiem, a jej syn i tak zdąży się nadeń napatrzyć. Choć dzieciństwo niech będzie szczęśliwe… Syna Kasia kochała bezgranicznie. Darowała ojcu Sanioka jego nierozwagę i zdradę, swoją dolę wzięła na ręce już w szpitalu i natychmiast odpyskowała położnej, która mruknęła, iż “coś z tym chłopcem nie tak”. — Niech pani nie wymyśla! To jest najpiękniejsze dziecko na świecie! — Kto się spiera?! Mądry? No, tego raczej nie osiągnie… — A to jeszcze zobaczymy! — Kasia głaskała buzię synka i płakała. Pierwsze dwa lata bez przerwy ciągała Sanioka po lekarzach. W końcu dopięła swego – zajęto się nim poważnie. Jeździła autobusami do miasta, mocno przyciskając grubą warstwą otulonego synka. Nie zwracała uwagi na litościwe spojrzenia, a jeżeli ktoś próbował ją uspokajać lub udzielać rad, zmieniała się w wilczycę: — Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To mi nie doradzaj! Sama wiem, co robić! Do ukończenia dwóch lat Saniok wyrównał, przybrał na wadze i nie różnił się rozwojem od innych. Piękny nie był – duża, lekko spłaszczona głowa, chudziutkie rączki i nóżki, z chudobą, z którą Kasia walczyła, czym mogła. Sobie wszystkiego odmawiała, byle synek miał wszystko, co najlepsze. To musiało wpłynąć na jego zdrowie. Mimo wyglądu Saniok przestał niepokoić lekarzy, którzy, widząc jak krucha jak elf Kasia tuli swojego Konika, tylko kręcili głowami. — Takie matki to na palcach policzyć! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz — patrzcie na niego! Bohater! Mądrala prawdziwy! — Tak! Mój synek właśnie taki jest! — My nie o chłopcu! O tobie, Kasiu! Zdolniacha! Kasia wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co ją chwalą. Czy matka nie powinna kochać swego dziecka i się nim zajmować? Gdzie tu zasługa? Tak powinno być. Gdy przyszła pora na pierwszy dzwonek, Saniok czytał, pisał, liczył, choć trochę się jąkał. To przesłaniało jego talenty. — Saniok, wystarczy! Dziękuję! — przerywała nauczycielka, dając fragment komuś innemu do odczytania. Potem narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec jest świetny, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na szczęście była tylko dwa lata, wyszła za mąż i zniknęła, a klasa Sanioka przypadła innej nauczycielce. Maria Iljinowa była już w latach, ale kochała dzieci jak dawniej. Co do Konika zorientowała się szybko. Porozmawiała z Kasią, skierowała ją do dobrego logopedy, a Konika poprosiła o zadania pisemne. — Pięknie piszesz, aż przyjemność czytać! Konik pączniał z radości, a Maria Iljinowa czytała jego odpowiedzi głośno, podkreślając, jakiego ma utalentowanego ucznia. Kasia płakała z wdzięczności i miała ochotę całować nauczycielkę po rękach, ale ta od razu zabroniła jakichkolwiek podziękowań: — Czy pani zwariowała? To moja praca! A chłopiec cudowny! Wszystko będzie dobrze — zobaczycie! Do szkoły Saniok biegł podskakując, co bardzo bawiło sąsiadów. — O, nasz Konik pogalopował! I nam pora do zmiany! Boże, tak natura pokarała… Po co go zostawiła? Co ludzie sądzą o niej i synu, Kasia wiedziała. Ale kłócić się nie lubiła i uważała, że, skoro Bóg nie dał komuś serca, nie zmusisz do dobroci. Nie ma co czasu tracić na myślenie dlaczego są tacy, lepiej pożytecznie zająć się domem lub posadzić kolejną różę przy ganku. Ich podwórko z rabatami pod każdym oknem i własnym mini sadem za domem nikt nie chciał grodzić — niepisana zasada mówiła, iż „placyk” przy ganku to teren danego mieszkania. Placyk Kasi był najpiękniejszy. Rosły tu róże, duży krzak bzu, schodki wyłożone kawałkami płytek, które Kasia wybłagała u dyrektora domu kultury w czasie remontu. — Oddajcie mi to! — wpadła do gabinetu. — Co mam ci oddać? — zaskoczył się dyrektor. — Tę płytkę! Dajcie! Z jej życzenia się śmiano, oprócz pozwolenia — nic nie dostała. Kasia, zdobywszy taczkę od sąsiadów, grzebała do późnego wieczora w tych płytkach szukając pasujących kawałków. Potem, pchając przed sobą taczkę z dumnym Konikiem, przeszła przez całe osiedle. — Po co jej te śmieci? — dziwiły się sąsiadki. Ale za kilka tygodni oniemiały, widząc jaką mozaikę ułożyła z odrzuconych skarbów. Ona nigdy nie była w muzeach ani za granicą. Nie widziała greckich fresków czy bizantyjskiej potęgi świątyń. Jednak jej gust trafnie podpowiedział, co z tym zrobić. Schodki stały się małym dziełem sztuki, na które przychodziło całe osiedle. — Zobacz tylko! Arcydzieło… A Kasia nie zwracała na to uwagi. Najważniejszy był dla niej zachwyt syna: — Mamusiu, jak ślicznie… Saniok siadał na schodkach, przesuwał palcem po mozaice i promieniał. A Kasia znów płakała — był wtedy taki szczęśliwy… A powodów do szczęścia wcale nie miał wiele w życiu. Raz w szkole go pochwalą, raz mama upiecze coś smacznego i przytuli, szepcząc iż jest mądry i dobry. To wszystkie radości. Przyjaciół Konik nie miał prawie wcale, bo za chłopakami nie nadążał, a czytać lubił bardziej niż ganiać za piłką. Dziewczynki trzymały się z daleka. Najbardziej pilnowała sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki: pięcioletnią, siedmioletnią i dwunastoletnią. — Ani się waż do nich zbliżać! — groziła pięścią. — Nie dla ciebie te jagódki! Co siedziało w jej zakręconej ondulacją głowie, było tajemnicą, ale Kasia przykazała Saniokowi trzymać się Klaudii i jej wnuczek z daleka. — Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje… Konik się zgodził i choćby przypadkiem nie podchodził pod dom Klaudii. choćby tamtego dnia, gdy szykowała się do święta, przechodził po prostu obok i nie miał zamiaru się bawić. — O, moje grzechy ciężkie! — westchnęła Klaudia, przykrywając półmisek pierogów haftowanym ręcznikiem. — Powiedzą, iż jestem skąpa! Zaczekaj! Wybrała parę pierogów i dogoniła chłopca. — Trzymaj! I żebym cię we dworze nie widziała! Mamy święto! Siedź u siebie cicho, aż matka wróci z pracy! Zrozumiano? Saniok kiwnął głową i podziękował, Klaudii jednak było już wszystko jedno. Zaraz mieli się zjechać goście, rodzina, dzieci, wnuki — szykowała się uczta na urodziny ulubionej Swietłanki. I syn sąsiadki, cherlawy, wielkogłowy Saniok-konik, był jej tu całkiem niepotrzebny! Nie ma co dzieci straszyć tym wyłupiastym! Nie będą potem spały! Westchnęła, wspominając, jak odradzała sąsiadce to dziecko. — Po co ci, Kasiu, dziecko?! Nie dasz sobie rady. Spije się i zamarznie pod płotem! — Widzieli mnie państwo z kieliszkiem?! — Kasia nie dawała się zagiąć. — To nic nie znaczy! Z twojej biedy tylko jeden kierunek! Nie miałaś od rodziców wsparcia i twoje dziecko nie będzie miało nic! Nie nauczyli cię być matką! Po co twojemu dziecku cierpieć? Pozbądź się go, póki czas! — Co pani jeszcze wymyśli?! Naprawdę nie wstyd?! Sama jest pani matką! — Mnie się nie wstydź! Sama dałam życie moim dzieciom i wychowałam. Co ty jemu dasz? Nic! Przemyśl to! Kasia po tej rozmowie przestała z nią się witać. Przechadzała się dumnie z dużym, pokracznym brzuchem, choćby nie spoglądając w stronę sąsiadki. — Czego się złościsz, głupia? Chcę ci dobrze! — kręciła głową Klaudia. — Twoje dobro mi śmierdzi! Mam toksykozę! — odcinała się Kasia, głaszcząc brzuch. — Nie bój się, malutki! Nie pozwolę cię skrzywdzić! Jak naprawdę Konika krzywdzono przez osiem lat życia, nigdy matce się nie zwierzał. Oszczędzał ją. jeżeli był mocno obrażony — płakał po cichu w kącie, ale nie skarżył się. Wiedział, iż mama by się trudniej przejęła niż on. Złość spływała z Sanika jak woda z kaczki. Po pół godzinie nie pamiętał, kto i co powiedział, a żal miał tylko do dziwnych dorosłych, co nie rozumieli prostych rzeczy: Bez złości i urazów żyje się dużo lżej… Klaudii Matwiejewnej Saniok dawno się przestał bać, choć też jej nie lubił. Gdy groziła mu palcem i mówiła coś przykrego, uciekał jak najdalej, by nie widzieć jej gniewnych oczu i nie słyszeć ostrych słów, którymi go raczyła. A gdyby zapytała, co o tym wszystkim sądzi, byłaby bardzo zaskoczona — Saniok jej współczuł. Naprawdę. Tak, jak potrafił tylko on. Było mu szkoda kobiety, która marnowała swoje chwile na złość. Chwile Saniok cenił najbardziej na świecie. Dawno już zrozumiał, iż nic cenniejszego nie ma i być nie może. Wszystko można odzyskać, naprawić — ale nie czas. — Tik-tak! — powie zegar. I już… Nie ma chwili! Chwytaj – nie złapiesz! Przeminęła… Nie odzyskasz jej! Nie kupisz za żadne pieniądze i nie zamienisz na najpiękniejszy papier od cukierka. Ale dorośli tego nie rozumieli… Siedząc na parapecie w swoim pokoju, Saniok jadł pieróg i patrzył, jak na polanie za domem biegają wnuczki Klaudii i inne dzieci, które przyszły, by świętować urodziny Swietłanki. Solenizantka wirowała niczym kolorowy motylek w różowej sukience, a Saniok wpatrywał się w nią, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę lub wróżkę z bajki. Dorośli bawili się, siedząc za dużym stołem obok ganku Klaudii, dzieci po chwili pobiegły grać w piłkę na większą polanę przy starej studni. Saniok, odgadując cel wycieczki, pobiegł do mamy do sypialni — z okna widać było polanę jak na dłoni. Długo obserwował grę, bijąc brawo tym, co biegali za piłką, aż się zaczęło zmierzchać. Ktoś z dzieci się zmęczył i poszedł do rodziców, ktoś zaczął inną zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i to przyciągnęło uwagę Konika. O tym, iż przy studni bywa niebezpiecznie, wiedział dobrze. Kasia nie raz i nie dwa ostrzegała — nie podchodzić, bo obudowa zbutwiała, a choć nikt nie korzysta z tej studni, to woda tam jest. Wpadniesz — przepadniesz! Nie podchodź! — Nie będę mamusiu! Moment, gdy Swietłanka poślizgnęła się na skraju i zniknęła mu z oczu, Saniok przegapił zagapiony na chłopców coś omawiających. Rozejrzawszy się za różowym punkcikiem zamarł — Swietłanki na polance nie było… Saniok wybiegł na ganek. Wystarczyła mu chwila, by zrozumieć – dziecięcia przy stole nie ma… Czemu nie zawołał o pomoc, później nie potrafił odpowiedzieć. Zbiegł ze schodów i pędem pognał na podwórko, nie słysząc krzyku Klaudii: — Komu powiedziałam siedzieć w domu?! Dzieci ganiające po polance nie zwracały na Swietłankę uwagi. Nie zorientowały się, ani iż jej nie ma, ani iż Saniok podszedł do studni, dojrzał coś jasnego na dnie i zawołał: — Przylegnij do ścianki! Żeby jej nie zahaczyć, położył się na obudowie, zwiesił nogi i, ocierając się brzuchem o zbutwiałe deski, zanurzył się w ciemności. Do studni skoczył, wiedząc, iż czas idzie na minuty. Pływać Swietłanka nie umiała… To Saniok pamiętał, bo córka Klaudii nigdy nie nauczyła się pływać, choć babka próbowała i skrzyczała Konika na lokalnej plaży. Złapała się rozpaczliwie jego chudych ramion… — Nie bój się, jestem z tobą! — przytulił Swietłankę za szyję, jak uczyła mama. — Trzymaj się, a ja będę krzyczał! Ręce ślizgające się po oślizgłych bali, Swietę ciągnęło w dół, ale zdołał nabrać powietrza i zawyć tak głośno, jak umiał: — Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci niemal od razu uciekły z polany, gdy ciemna woda przyjęła go do środka. Nie wiedział, czy starczy mu sił, by wytrwać aż dorośli przybiegną. Nie wiedział, czy ktoś go w ogóle usłyszy… Wiedział tylko jedno: to małe, śmieszne dziewczątko w różowej sukience musi żyć! Bo piękna na świecie, jak i chwil, jest bardzo mało. Jego wołania nie usłyszano od razu. Klaudia, wynosząc gęś, rozglądała się za wnuczką — i zamarła: — Swietłanka gdzie?! Goście, po kielichu, nie zrozumieli od razu, czego chce gospodyni, która huknęła gęsią o stół i wrzasnęła tak rozpaczliwie, iż wystraszyła nie tylko biesiadników, ale też przechodniów. A Konik zdołał jeszcze raz, słabnąc, zawołać słowo, które musiano usłyszeć: — Mamo… Kasia, śpiesząc z pracy do domu, przyspieszyła kroku, zapominając o pieczywie i o sąsiadkach pod sklepem. Wbiegła na podwórze w tej samej chwili, gdy Klaudia osunęła się na schodki ganku. Nie analizując co się dzieje, Kasia ruszyła na tył domu, gdzie zwykle bawił się Konik – usłyszała głos syna. — Tu jestem, synku! Nie musiała zgadywać — stara studnia od zawsze ją przerażała, nie raz prosiła, by ją zasypać albo ogrodzić. Jej stary, lichy płotek nie chronił nikogo… Nikt nie dbał o tę studnię oprócz Kasi. Nie było czasu w myślenie. Kasia pobiegła do domu, złapała sznur do bielizny, wybiegła na ganek, krzycząc: — Za mną! Łapcie! Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był na tyle trzeźwy, by zrozumieć — gwałtownie zrobił mocny węzeł, obwiązał nią drobną Kasię: — Drz cię! Ja trzymam! Swietłankę Kasia wyłowiła od razu. Dziewczynka przytuliła się do niej i zwiotczała, a Kasia zadrżała z przerażenia. Sanioka w ciemnościach długo nie mogła znaleźć… Wtedy zaczęła błagać, jak niegdyś w szpitalu podczas porodu: — Boże, nie zabieraj! Nie mogąc złapać oddechu, chwytała ręką pod wodą. Czuła, iż każda chwila ją bije strachem, ale nie mogła przestać. — Proszę, proszę… Coś śliskiego dotknęło jej dłoni. Szarpnęła i wyciągnęła syna, bojąc się pomyśleć, czy żyje. Krzyknęła: — Ciągnij! Już podnosząc się nad wodę usłyszała ciche, zachrypnięte: — Mamo… Po dwóch tygodniach w miejskim szpitalu Saniok wrócił do wsi bohaterem. Swietłankę wypisali trochę szybciej. Przestraszyła się i podrapała, ale nic jej nie było poza porwaną sukienką. Saniok miał złamany nadgarstek, problemy z oddychaniem, ale mama była obok, strach o Swietłankę minął, odwiedzała go z rodzicami. Saniok cieszył się, iż wróci do domu, książek i ukochanego kota. — Chłopczyku, mój skarbie! Boże, gdyby nie ty… — płakała Klaudia, tuląc Sanioka. — Ja ci… wszystko, co zechcesz! — Po co? — wzruszył chudymi ramionami. — Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną? Klaudia nie znalazła słów i znów go tuliła, nie wiedząc jeszcze, iż ten chudy, koślawy Konik za kilka lat pod ostrzałem wyprowadzi wozem opancerzonym rannych, a potem zrobi wszystko, by ulżyć tym, którzy tak jak kiedyś on sami będą wołać: mama… A na pytanie, czemu to robi, skoro go traktowano inaczej, Konik odpowie: — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak należy! *** Drodzy Czytelnicy! Bo matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Katarzyna, mimo łez, trudów i osamotnienia, kochała syna bezgranicznie. Jej oddanie i wiara w niego pozwoliły mu wyrosnąć na dobrego i mądrego człowieka. To przypomina o niezwyciężonej sile rodzicielskiej miłości. Prawdziwy bohater jest w duszy: Saniok, “nieatrakcyjny” z pozoru, stał się bohaterem, gdy bez wahania ruszył ratować dziewczynkę. Ten czyn, nie wygląd, zdefiniował jego istotę. Dobra, odwaga i współczucie są prawdziwym dowodem wielkości. Sąsiedzi, którzy gardzili Kasią i jej synem, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Sanioka. Historia pokazuje, iż uprzedzenia znikają w obliczu prawdziwych cnót, a najwyższa lekcja to umieć wybaczać, nie nosić urazy i czynić dobrze mimo doznanych krzywd. Jak powiedział Saniok: “Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak należy!” Ta opowieść zachęca, by pamiętać: człowieczeństwo i empatia zawsze zwyciężają obojętność i gniew, a prawdziwe piękno płynie z wnętrza. Zastanówcie się: Czy wierzycie, iż dobroć, mimo wszystko, zawsze znajdzie drogę i zmieni świat na lepsze? Jakie wydarzenia z waszego życia potwierdzają, iż pozory mylą, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy?

newskey24.com 2 dni temu

Idź stąd! Mówię ci, idź! Czego ty się tu plączesz?! pani Klaudia Wierzbicka z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielką miskę gorących pierogów i popchnęła sąsiadującego chłopaka. Marsz, wynocha! Kiedy twoja matka zacznie cię w końcu pilnować?! Lenistwo!

Chudy jak patyk Jasiek nikt nie wołał go po imieniu, przywykli do jego przezwiska Konik spojrzał na srogą sąsiadkę i powlókł się w stronę swej sieni.

Ogromna kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była zamieszkana tylko częściowo. Tak naprawdę żyły tam dwie i pół rodziny: Pokotowscy, Semerowie oraz Karpeniowie Kasia z Jaśkiem.

Ci ostatni stanowili tę połówkę, której nikt na serio nie traktował. Nie zwracano na nich uwagi chyba iż była taka potrzeba. Kasia nie była istotną postacią, więc nikt nie zawracał sobie nią głowy.

Kasia oprócz syna nie miała nikogo ani męża, ani rodziców. Sama sobie musiała radzić. Sąsiedzi patrzyli na nią krzywo, bywało, iż ganiali za Jaśkiem, przezywając go Konikiem, bo miał długie, cienkie nogi i ręce oraz wielką głowę, którą ledwie trzymała szczupła szyja-stałoga.

Konik był wyjątkowo nieatrakcyjny, nieśmiały, ale złotego serca. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka od razu biegł pocieszać, za co często obrywał od zaciętych mam, którym nie podobał się ten straszak obok ich pociech.

Kim jest ten Strach, Jasiek nie wiedział do pewnego czasu. Dopiero gdy mama podarowała mu książkę o Dorotce, zrozumiał, skąd to przezwisko.

Ale się nie obrażał. Przeciwnie, uznał, iż wszyscy tak na niego wołają, bo czytali tę książkę a tam Strach był mądry, dobry, wszystkim pomagał, a potem został choćby władcą pięknego miasta.

Kasia, której syn o tym opowiedział, nie miała serca mu odbierać tej myśli. Uznała: jeżeli chłopak chce widzieć ludzi lepszymi od rzeczywistości niech tak będzie.

I tak już za dużo zła na świecie jej syn jeszcze się go nałyka Niech przynajmniej dzieciństwo będzie szczęśliwe.

Swojego syna kochała nad życie. Wybaczywszy jego ojcu nieodpowiedzialność i zdradę, jeszcze w szpitalu uświadomiła sobie własny los i zrugała położną, gdy tamta napomknęła o tym, iż chłopak jakiś taki.

Opowiadacie bajki! Mój syn najładniejsze dziecko na świecie!

A kto się kłóci! Ale żeby rozumny był raczej nie zostanie…

Jeszcze zobaczymy! Kasia gładziła buziaka dziecka i płakała.

Przez pierwsze dwa lata wciąż woziła Jaśka do lekarzy. Wymusiła na specjalistach, by zajęli się chłopakiem na serio. Jeździła do miasta starym autobusem, tuląc szczelnie opatulanego syna.

Na współczujące spojrzenia nie zwracała uwagi, a jeżeli ktoś ją próbował pocieszyć czy dać dobre rady, zamieniała się w wilczycę:

Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To po co mi twoje rady?! Sama wiem, co mam robić!

Do dwóch lat Jasiek wyrównał się, przytył i rozwijał się prawie jak inne dzieci chociaż nigdy nie był piękny. Wielka, płaska głowa, cieniutkie ręce i nogi, a Kasia walczyła z tą chudością wszystkimi możliwymi sposobami.

Odbierając sobie, synowi dawała wszystko, co najlepsze. I to nie mogło nie odbić się na jego zdrowiu! Mimo nietęgiego wyglądu, Jasiek przestał niepokoić lekarzy. Patrzyli tylko z podziwem, jak delikatna jak elf Kasia tuli swego Konika.

Takie mamy, można na palcach policzyć! Patrzcie na niego bohater, mądrala!

Właśnie! Mój chłopak taki jest!

Ale my mówimy o tobie, Kasiu! Ty to rozumiesz?

Kasia wzruszała ramionami jaka to zasługa? Matka musi kochać i dbać o syna tak być musi, koniec!

Gdy przyszedł czas na pierwszą klasę, Jasiek już czytał, umiał pisać i liczyć, ale trochę się jąkał. To niweczyło jego talent.

Jasiek, wystarczy! Dziękujemy! ucinała nauczycielka, oddając tekst innemu uczniowi.

A potem żaliła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak porządny, ale słuchać go przy czytaniu się nie da. Na szczęście dla Jaśka ta nauczycielka wytrzymała tylko dwa lata wyszła za mąż i poszła na urlop. Klasa dostała inną wychowawczynię.

Maria Igielnicka, starsza już pani, miała wprawę, dzieci kochała jak dawniej. gwałtownie się zorientowała, co z Jaśka za Konik, porozmawiała z Kasią, skierowała ją do logopedy, a chłopaka prosiła o zadania na piśmie.

Pięknie piszesz! Uwielbiam czytać twoje prace!

Jasiek rozkwitał od tych pochwał, a Pani Maria czytała jego odpowiedzi na głos, podkreślając, jakiego utalentowanego ma ucznia.

Kasia płakała ze wzruszenia i miała ochotę całować ręce nauczycielki ale Maria ucięła takie próby.

Pojęcie straciłaś?! To moja praca! A chłopak wspaniały wszystko mu się ułoży, zobaczysz!

Do szkoły Jasiek biegł susami, co bawiło sąsiadów.

O, poskacze nasz Konik! Zmiana pokoleń! Cóż ta natura z dzieciakiem zrobiła Po co ona go w ogóle zostawiła?

Co ludzie myśleli o niej i synu Kasia wiedziała. Ale nie kłóciła się uznała, iż jeżeli ktoś ma zatwardziałe serce, nie zmienisz go.

Więc lepiej wykorzystać ten czas na pożyteczne rzeczy uporządkować mieszkanie albo posadzić kolejną różę pod sienią.

Duże podwórze, z rabatami pod każdym oknem i własnym małym ogrodem na tyłach nikt nie grodził. Obowiązywała zasada placyk pod schodami, to rewir tego mieszkania.

Placyk Kasi był najładniejszy: róże, dorodny krzak bzu, a schody wyłożyła kawałkami płytek wybłaganymi u kierownika domu kultury. Gdy robiono remont, sterta potłuczonej ceramiki błyszczała jak skarby nieznanej krainy.

Dajcie mi ją! wpadła do gabinetu.

Co mam dać? szef popatrzył zaskoczony.

Płytki! Dajcie, proszę!

Zaśmiał się, ale pozwolił. I Kasia, pożyczywszy taczkę od sąsiadów, do wieczora przebierała w rumowisku, wybierając odłamki pasujące do mozaiki spod schodów.

Wróciła dumnie przez całą wieś, pchając taczkę, w której siedział dumny Konik.

Po co jej to złomowisko? dziwiły się sąsiadki.

Ale po kilku tygodniach wszystkie westchnęły, widząc, co Kasia stworzyła Muzeów nie znała, nie była za granicą, ale instynkt podpowiedział jej, jak ułożyć ten skarb. Sien, którą wyłożyła, stała się dziełem sztuki wszyscy z wioski przychodzili podziwiać.

Rety, toż to arcydzieło

Kasia na podziw nie reagowała. Najważniejsze były słowa syna:

Mamo, jak tu pięknie

Jasiek, siedząc na schodku, dotykał palcem ułożonej mozaiki i aż promieniał ze szczęścia. A Kasia znowu płakała.

Bo szczęście jej synka było wszystkim…

A powodów do szczęścia nie miał wielu. Chwalili go w szkole albo mama zrobiła coś wyjątkowego i przytulała mówiąc, jaki mądry i dobry jest. Tyle jego radości.

Przyjaciół Konik prawie nie miał, bo za chłopcami nie nadążał, a książki czytał chętniej niż grał w piłkę. Dziewczynki też trzymały się z daleka. Zwłaszcza wściekała się sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki pięcio-, sześcio- i dwunastoletnią.

choćby się nie zbliżaj! groziła Konikowi. To nie twoje gruszki!

Co jej się kołatało w głowie, nie wiedział nikt; Kasia zabroniła Jaśkowi w ogóle zbliżać się do Klaudii i jej wnuczek.

Po co ją stresować? Jeszcze się rozchoruje

Konik się zgodził nie zbliżał się do sąsiadki, choćby na krok. choćby tamtego dnia, gdy Klaudia szykowała się do święta tylko przechodził obok, wcale nie zamierzał do zabawy się dołączać.

O borze zielony, zaraz mnie nazwą sknerą! Zaczekaj! powiedziała Klaudia, przykrywając pierogi serwetą.

Wybrała dwa i pobiegła za Jaśkiem.

Trzymaj! I nie pokazuj się tu! Mamy święto! Siedź cicho, aż matka wróci z pracy! Słyszysz?

Jasiek pokiwał głową i podziękował za pierogi. Klaudia już o nim zapomniała zaraz mieli zjeżdżać się goście, przywozić wnuki, szykować się do stołu. Urodziny najmłodszej, ukochanej wnuczki Świetki Klaudia chciała świętować z rozmachem. Syn sąsiadki, wątły, wielkogłowy Jaśko-Konik, był jej zupełnie niepotrzebny!

Nie ma co straszyć dzieci tym wyłupiastym! Bo spać nie będą! Westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała sąsiadce dziecko zostawić.

Kasiu, po co ci dziecko?! Krzywdy mu nie dasz Przepije się i zamarznie gdzieś pod płotem!

Widzieliście mnie kiedyś z wódką? Kasia nie dawała się.

To nie znaczy! Z takiej biedy jedna droga! Rodzice cię nie nauczyli, dziecku też się nie uda! Nie wiesz, co to być matką! Po co ma się męczyć? Oddaj, póki możesz!

I co jeszcze?! Wstyd pani nie ma! Sama matka, a takie rzeczy

A nie wstydzę się! Sama wychowałam swoje dzieci! A ty co mu dasz? Nic! Przemyśl to!

Kasia wtedy przestała się z nią witać. Chodziła dumna ze swym brzuchem, nie zerkając w stronę Klaudii.

Za co się gniewasz, głupia?! Ba, dobrze ci życzę! pokręcała głową Klaudia.

To twoje dobro śmierdzi! Mam mdłości! odburknęła Kasia i gładziła brzuch, tuląc nieznanego jeszcze Konika. Nie bój się, malutki. Nikt cię nie skrzywdzi!

Co kto i jak skrzywdził Konika przez prawie osiem lat, mamie nigdy nie opowiedział. Żal mu jej było. Jak bardzo coś bolało płakał w kącie, ale nic nie mówił, rozumiejąc, iż mamie to sprawi większy żal niż jemu. Krzywda z niego spływała, jak z gęsi woda, nie zostawiała goryczy ni złości. Łzy wypłukiwały wszystko i po pół godzinie Jaśko nie pamiętał, co i dlaczego. Czuł tylko żal do dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieją prostych rzeczy.

Bez żalu żyje się łatwiej

Klaudii Wierzbickiej Jasiek dawno się nie bał, ale ją unikał. Kiedy groziła mu i rzucała ostre słowa uciekał, by nie patrzeć w jej złe oczy i nie słyszeć ostrych jak brzytwa wyzwisk.

Gdyby zapytała, co myśli o niej i całej sytuacji, Konik bardzo by ją zdziwił: było mu jej bardzo szkoda. Z całego serca, tak jak tylko on umiał. Szkoda mu kobiety, która marnuje swoje cenne minuty na gniew.

Minuty Jasiek cenił jak nic innego. Wiedział: cenniejszych rzeczy nie ma i nie będzie. Wszystko można naprawić, tylko nie czas.

Tik-tak! mówi zegar.

I już

Nie ma minuty! Chwytaj nie złapiesz! Przeminęła Nie wróci, nie kupisz jej za żadne pieniądze, nie wymienisz choćby za najładniejszy papierek po cukierku.

Ale dorośli kilka z tego rozumieją

Wskoczywszy na parapet swojego pokoju, Jasiek żuł pieroga i patrzył, jak na polance za domem szaleją wnuczki Klaudii i dzieciaki, przyszli świętować urodziny Świetki. Jubilatka kręciła się jak motylek w różowej sukience, a Jaśko wpatrywał się w nią, wyobrażając sobie, iż jest księżniczką lub wróżką z bajki.

Dorośli rozmawiali przy wielkim stole pod sienią Klaudii, a dzieci, trochę pobawione, poleciały pograć w piłkę za dom, na większej polanie.

Gdy tylko dzieciarnia się oddaliła, Jasiek domyślił się, gdzie poszły, i pobiegł do sypialni mamy. Z tego okna widać było całą polanę obserwował grę, bił brawo, cieszył się szczerze przez długi czas, aż niebo pociemniało.

Niektórym znudziła się zabawa, wróciły do dorosłych, inni wymyślili nową grę. Ale dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starym studni i to zwróciło uwagę Konika.

O tym, jak niebezpieczna jest studnia, Jasiek wiedział doskonale. Kasia nie raz ostrzegała go, by się do niej nie zbliżał.

Zrąb jest spróchniały, nikt nie korzysta, ale woda jest. Wpadniesz koniec! Zrozumiano? Nie podchodź tam nigdy, synu!

Nie będę!

Momentu, w którym Świetka poślizgnęła się i znikła z pola widzenia, Jasiek nie widział akurat zapatrzył się na chłopaków. Oni wybiegli na polanę, a Jasiek szukał spojrzeniem różowej plamki i zamarł przerażony.

Świetki na polanie nie było

Wypadł na swoje schodki, w sekundę zrozumiał, iż nie ma jej też wśród osób przy stole…

Nie pamięta dokładnie, czemu nie wybiegł po pomoc. Po prostu zleciał ze schodów i rzucił się na tyły domu, nie słysząc choćby wrzasku Klaudii:

Komu mówiłam, siedzieć w domu?!

Dzieciaki szalały na łące i choćby nie zauważyły, iż zginęła Świetka Tak samo nie zauważyli, iż Jasiek podbiegł do studni i dostrzegł gdzieś w dole jasną sukienkę.

Przytul się do ściany! krzyknął.

Nie chcąc jej potrącić, Jasiek położył się na brzegu, opuścił nogi i przeczołgał się po zmurszałych deskach, zanurzając się w ciemność studni.

Skoczył wiedząc, iż Świetce liczy się każda minuta.

Pływać nie umiała

Jasiek był tego pewien wiele razy widział, jak babcia Klaudia próbowała ją nauczyć nad jeziorkiem pod miasteczkiem.

Świetka nie nauczyła się pływać, Jasiek był dla niej straszakiem ale teraz, nałykawszy się wody, złapała się jego chudych ramion.

Już, nie bój się! Trzymaj się mnie! objął ją, jak uczyła mama. A ja będę krzyczał!

Ręce Jaśka ślizgały się po obślizgłych deskach zrębu, woda go ciągnęła, ale zdołał nabrać powietrza i wrzesnąć:

Pomocy!

Nie wiedział ani nie mógł wiedzieć, czy usłyszą go dorośli. Czy starczy sił, by się utrzymać, czy ktoś przyjdzie na ratunek. Wiedział jedno: ta zabawna dziewczynka w różu musi żyć! Piękna, jak minuty jest ich tak mało

Jego krzyk nie został usłyszany od razu.

Klaudia właśnie wynosiła wielką brytfannę z pieczoną gęsią, rozejrzała się za wnuczką i zbladła:

Świetka gdzie?!

Goście, podchmieleni, na początku nie wiedzieli, o co chodzi.

A Konik zdążył jeszcze raz, słabnąc coraz bardziej, zawołać to, co miał usłyszeć świat:

Mama

A Kasia, wracając z pracy, poczuła niepokój i przyspieszyła kroku, zupełnie zapominając o zakupach. Mijała sklep i sąsiadki na ławce bez słowa, biegiem aż do domu, czując, iż musi się spieszyć.

Wpadła na podwórko w momencie, gdy Klaudia, chwytając się za serce, osuwała się na schodach do sieni Kasi. Nie zwracając uwagi na chaos, rzuciła się na tyły domu i usłyszała głos syna, wołający ją.

Tu jestem, synku!

Nie musiała zgadywać, skąd głos. Starej studni bała się zawsze, błagała w urzędzie, by ją zasypać lub zabezpieczyć, ale nikt nie reagował. Postawiony własnoręcznie słaby płotek nie chronił ciekawskich dzieci tylko Kasi to przeszkadzało…

Nie było czasu w namysł pobiegła po sznur z suszarki do prania i, wybiegając z sieni, krzyknęła:

Za mną! Trzymajcie to!

Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był trzeźwy w sekundę związał sznur i obwiązał Kasię.

Dawaj, trzymam!

Świetkę Kasia wyłowiła natychmiast. Dziewczynka, objąwszy ją ramionami, błyskawicznie zmiękła, tuląc się do niej. Kasią wstrząsnął lęk.

Jaśka znaleźć w tej ciemności nie mogła, szukała spanikowana

Błagała jak zawsze, jak wtedy, w szpitalu:

Boże, nie zabieraj!

Przeczesując wodę ręką, czuła, jak minuty atakują ją strachem. Ale nie przestawała.

Proszę

Coś śliskiego i cienkiego trafiło w jej dłoń. Szarpnęła i wyciągnęła syna bała się choćby pomyśleć, czy oddycha. Krzyknęła najgłośniej jak umiała:

Ciągnijcie!

Już nad wodą, usłyszała ciche:

Mamo

Po prawie dwóch tygodniach w szpitalu Jasiek wrócił jako bohater.

Świetką się wypisali wcześniej nałykana wody, troche przestraszona, ot, kilka zadrapań i porwana sukienka.

Jasiek miał gorzej. Złamane nadgarstek, ból w klatce, czasem trudno oddychać. Ale mama była obok, lęk o Świetkę minął, a ona odwiedzała go z rodzicami. Jaśko cieszył się, iż wróci do domu, książek i ukochanego kota.

Synku, ty mój kochany! Gdyby nie ty Klaudia szlochała, tuląc opalonego Jaśka. Ja ci dam wszystko, co chcesz!

Po co? odparł. Zrobiłem, co trzeba. Jestem chłopakiem, prawda?

Klaudia objęła go jeszcze raz, nie wiedząc, iż chudy, niezgrabny Konik kiedyś odprowadzi opancerzony samochód pełen rannych spod ognia. I iż potem, nie pytając, kto swój, komu pomóc, zawsze będzie robił wszystko, by ulżyć w bólu tym, którzy jak on kiedyś wołają: Mamo

A na pytanie, czemu to robi, skoro spotkało go wiele złego, Konik odpowie krótko:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest adekwatnie!

***

Drodzy Czytelnicy!

Miłość matki naprawdę nie zna granic.

Kasia, mimo wszystkich trudności i uprzedzeń, zawsze kochała syna. Jej oddanie i wiara sprawiły, iż wyrósł na dobrego, mądrego człowieka. To opowieść o niezwyciężonej sile rodzicielskiej miłości.

Bo prawdziwy bohater to ten w duszy Jasiek, nieładny z wyglądu, w kluczowej chwili pokazał odwagę i dobroć. To czyny, nie wygląd, definiują człowieka. Pokazuje to, co najważniejsze dobroć, odwaga i współczucie to prawdziwa wielkość.

Sąsiedzi, którzy wcześniej gardzili Kasią i jej synem, musieli uznać ich godność po bohaterskim czynie Jaśka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia padają wobec prawdziwych cnót, a najważniejsza lekcja to umiejętność przebaczenia, brak żalu i robienie tego, co trzeba, choćby z tobą postępowano niesprawiedliwie. Jak powiedział Jasiek Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest adekwatnie.

Niech ta historia zachęca do refleksji:

Czy wierzycie, iż dobroć mimo wszystkiego zawsze znajduje drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie zdarzenia z waszego życia pokazują, iż prawdziwe bogactwo człowieka ukryte jest w jego duszy, nie w wyglądzie?

Idź do oryginalnego materiału