Idź stąd! Mówię ci, idź! Czego ty się tu plączesz?! pani Klaudia Wierzbicka z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielką miskę gorących pierogów i popchnęła sąsiadującego chłopaka. Marsz, wynocha! Kiedy twoja matka zacznie cię w końcu pilnować?! Lenistwo!
Chudy jak patyk Jasiek nikt nie wołał go po imieniu, przywykli do jego przezwiska Konik spojrzał na srogą sąsiadkę i powlókł się w stronę swej sieni.
Ogromna kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była zamieszkana tylko częściowo. Tak naprawdę żyły tam dwie i pół rodziny: Pokotowscy, Semerowie oraz Karpeniowie Kasia z Jaśkiem.
Ci ostatni stanowili tę połówkę, której nikt na serio nie traktował. Nie zwracano na nich uwagi chyba iż była taka potrzeba. Kasia nie była istotną postacią, więc nikt nie zawracał sobie nią głowy.
Kasia oprócz syna nie miała nikogo ani męża, ani rodziców. Sama sobie musiała radzić. Sąsiedzi patrzyli na nią krzywo, bywało, iż ganiali za Jaśkiem, przezywając go Konikiem, bo miał długie, cienkie nogi i ręce oraz wielką głowę, którą ledwie trzymała szczupła szyja-stałoga.
Konik był wyjątkowo nieatrakcyjny, nieśmiały, ale złotego serca. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka od razu biegł pocieszać, za co często obrywał od zaciętych mam, którym nie podobał się ten straszak obok ich pociech.
Kim jest ten Strach, Jasiek nie wiedział do pewnego czasu. Dopiero gdy mama podarowała mu książkę o Dorotce, zrozumiał, skąd to przezwisko.
Ale się nie obrażał. Przeciwnie, uznał, iż wszyscy tak na niego wołają, bo czytali tę książkę a tam Strach był mądry, dobry, wszystkim pomagał, a potem został choćby władcą pięknego miasta.
Kasia, której syn o tym opowiedział, nie miała serca mu odbierać tej myśli. Uznała: jeżeli chłopak chce widzieć ludzi lepszymi od rzeczywistości niech tak będzie.
I tak już za dużo zła na świecie jej syn jeszcze się go nałyka Niech przynajmniej dzieciństwo będzie szczęśliwe.
Swojego syna kochała nad życie. Wybaczywszy jego ojcu nieodpowiedzialność i zdradę, jeszcze w szpitalu uświadomiła sobie własny los i zrugała położną, gdy tamta napomknęła o tym, iż chłopak jakiś taki.
Opowiadacie bajki! Mój syn najładniejsze dziecko na świecie!
A kto się kłóci! Ale żeby rozumny był raczej nie zostanie…
Jeszcze zobaczymy! Kasia gładziła buziaka dziecka i płakała.
Przez pierwsze dwa lata wciąż woziła Jaśka do lekarzy. Wymusiła na specjalistach, by zajęli się chłopakiem na serio. Jeździła do miasta starym autobusem, tuląc szczelnie opatulanego syna.
Na współczujące spojrzenia nie zwracała uwagi, a jeżeli ktoś ją próbował pocieszyć czy dać dobre rady, zamieniała się w wilczycę:
Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To po co mi twoje rady?! Sama wiem, co mam robić!
Do dwóch lat Jasiek wyrównał się, przytył i rozwijał się prawie jak inne dzieci chociaż nigdy nie był piękny. Wielka, płaska głowa, cieniutkie ręce i nogi, a Kasia walczyła z tą chudością wszystkimi możliwymi sposobami.
Odbierając sobie, synowi dawała wszystko, co najlepsze. I to nie mogło nie odbić się na jego zdrowiu! Mimo nietęgiego wyglądu, Jasiek przestał niepokoić lekarzy. Patrzyli tylko z podziwem, jak delikatna jak elf Kasia tuli swego Konika.
Takie mamy, można na palcach policzyć! Patrzcie na niego bohater, mądrala!
Właśnie! Mój chłopak taki jest!
Ale my mówimy o tobie, Kasiu! Ty to rozumiesz?
Kasia wzruszała ramionami jaka to zasługa? Matka musi kochać i dbać o syna tak być musi, koniec!
Gdy przyszedł czas na pierwszą klasę, Jasiek już czytał, umiał pisać i liczyć, ale trochę się jąkał. To niweczyło jego talent.
Jasiek, wystarczy! Dziękujemy! ucinała nauczycielka, oddając tekst innemu uczniowi.
A potem żaliła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak porządny, ale słuchać go przy czytaniu się nie da. Na szczęście dla Jaśka ta nauczycielka wytrzymała tylko dwa lata wyszła za mąż i poszła na urlop. Klasa dostała inną wychowawczynię.
Maria Igielnicka, starsza już pani, miała wprawę, dzieci kochała jak dawniej. gwałtownie się zorientowała, co z Jaśka za Konik, porozmawiała z Kasią, skierowała ją do logopedy, a chłopaka prosiła o zadania na piśmie.
Pięknie piszesz! Uwielbiam czytać twoje prace!
Jasiek rozkwitał od tych pochwał, a Pani Maria czytała jego odpowiedzi na głos, podkreślając, jakiego utalentowanego ma ucznia.
Kasia płakała ze wzruszenia i miała ochotę całować ręce nauczycielki ale Maria ucięła takie próby.
Pojęcie straciłaś?! To moja praca! A chłopak wspaniały wszystko mu się ułoży, zobaczysz!
Do szkoły Jasiek biegł susami, co bawiło sąsiadów.
O, poskacze nasz Konik! Zmiana pokoleń! Cóż ta natura z dzieciakiem zrobiła Po co ona go w ogóle zostawiła?
Co ludzie myśleli o niej i synu Kasia wiedziała. Ale nie kłóciła się uznała, iż jeżeli ktoś ma zatwardziałe serce, nie zmienisz go.
Więc lepiej wykorzystać ten czas na pożyteczne rzeczy uporządkować mieszkanie albo posadzić kolejną różę pod sienią.
Duże podwórze, z rabatami pod każdym oknem i własnym małym ogrodem na tyłach nikt nie grodził. Obowiązywała zasada placyk pod schodami, to rewir tego mieszkania.
Placyk Kasi był najładniejszy: róże, dorodny krzak bzu, a schody wyłożyła kawałkami płytek wybłaganymi u kierownika domu kultury. Gdy robiono remont, sterta potłuczonej ceramiki błyszczała jak skarby nieznanej krainy.
Dajcie mi ją! wpadła do gabinetu.
Co mam dać? szef popatrzył zaskoczony.
Płytki! Dajcie, proszę!
Zaśmiał się, ale pozwolił. I Kasia, pożyczywszy taczkę od sąsiadów, do wieczora przebierała w rumowisku, wybierając odłamki pasujące do mozaiki spod schodów.
Wróciła dumnie przez całą wieś, pchając taczkę, w której siedział dumny Konik.
Po co jej to złomowisko? dziwiły się sąsiadki.
Ale po kilku tygodniach wszystkie westchnęły, widząc, co Kasia stworzyła Muzeów nie znała, nie była za granicą, ale instynkt podpowiedział jej, jak ułożyć ten skarb. Sien, którą wyłożyła, stała się dziełem sztuki wszyscy z wioski przychodzili podziwiać.
Rety, toż to arcydzieło
Kasia na podziw nie reagowała. Najważniejsze były słowa syna:
Mamo, jak tu pięknie
Jasiek, siedząc na schodku, dotykał palcem ułożonej mozaiki i aż promieniał ze szczęścia. A Kasia znowu płakała.
Bo szczęście jej synka było wszystkim…
A powodów do szczęścia nie miał wielu. Chwalili go w szkole albo mama zrobiła coś wyjątkowego i przytulała mówiąc, jaki mądry i dobry jest. Tyle jego radości.
Przyjaciół Konik prawie nie miał, bo za chłopcami nie nadążał, a książki czytał chętniej niż grał w piłkę. Dziewczynki też trzymały się z daleka. Zwłaszcza wściekała się sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki pięcio-, sześcio- i dwunastoletnią.
choćby się nie zbliżaj! groziła Konikowi. To nie twoje gruszki!
Co jej się kołatało w głowie, nie wiedział nikt; Kasia zabroniła Jaśkowi w ogóle zbliżać się do Klaudii i jej wnuczek.
Po co ją stresować? Jeszcze się rozchoruje
Konik się zgodził nie zbliżał się do sąsiadki, choćby na krok. choćby tamtego dnia, gdy Klaudia szykowała się do święta tylko przechodził obok, wcale nie zamierzał do zabawy się dołączać.
O borze zielony, zaraz mnie nazwą sknerą! Zaczekaj! powiedziała Klaudia, przykrywając pierogi serwetą.
Wybrała dwa i pobiegła za Jaśkiem.
Trzymaj! I nie pokazuj się tu! Mamy święto! Siedź cicho, aż matka wróci z pracy! Słyszysz?
Jasiek pokiwał głową i podziękował za pierogi. Klaudia już o nim zapomniała zaraz mieli zjeżdżać się goście, przywozić wnuki, szykować się do stołu. Urodziny najmłodszej, ukochanej wnuczki Świetki Klaudia chciała świętować z rozmachem. Syn sąsiadki, wątły, wielkogłowy Jaśko-Konik, był jej zupełnie niepotrzebny!
Nie ma co straszyć dzieci tym wyłupiastym! Bo spać nie będą! Westchnęła, przypominając sobie, jak odradzała sąsiadce dziecko zostawić.
Kasiu, po co ci dziecko?! Krzywdy mu nie dasz Przepije się i zamarznie gdzieś pod płotem!
Widzieliście mnie kiedyś z wódką? Kasia nie dawała się.
To nie znaczy! Z takiej biedy jedna droga! Rodzice cię nie nauczyli, dziecku też się nie uda! Nie wiesz, co to być matką! Po co ma się męczyć? Oddaj, póki możesz!
I co jeszcze?! Wstyd pani nie ma! Sama matka, a takie rzeczy
A nie wstydzę się! Sama wychowałam swoje dzieci! A ty co mu dasz? Nic! Przemyśl to!
Kasia wtedy przestała się z nią witać. Chodziła dumna ze swym brzuchem, nie zerkając w stronę Klaudii.
Za co się gniewasz, głupia?! Ba, dobrze ci życzę! pokręcała głową Klaudia.
To twoje dobro śmierdzi! Mam mdłości! odburknęła Kasia i gładziła brzuch, tuląc nieznanego jeszcze Konika. Nie bój się, malutki. Nikt cię nie skrzywdzi!
Co kto i jak skrzywdził Konika przez prawie osiem lat, mamie nigdy nie opowiedział. Żal mu jej było. Jak bardzo coś bolało płakał w kącie, ale nic nie mówił, rozumiejąc, iż mamie to sprawi większy żal niż jemu. Krzywda z niego spływała, jak z gęsi woda, nie zostawiała goryczy ni złości. Łzy wypłukiwały wszystko i po pół godzinie Jaśko nie pamiętał, co i dlaczego. Czuł tylko żal do dziwnych dorosłych, którzy nie rozumieją prostych rzeczy.
Bez żalu żyje się łatwiej
Klaudii Wierzbickiej Jasiek dawno się nie bał, ale ją unikał. Kiedy groziła mu i rzucała ostre słowa uciekał, by nie patrzeć w jej złe oczy i nie słyszeć ostrych jak brzytwa wyzwisk.
Gdyby zapytała, co myśli o niej i całej sytuacji, Konik bardzo by ją zdziwił: było mu jej bardzo szkoda. Z całego serca, tak jak tylko on umiał. Szkoda mu kobiety, która marnuje swoje cenne minuty na gniew.
Minuty Jasiek cenił jak nic innego. Wiedział: cenniejszych rzeczy nie ma i nie będzie. Wszystko można naprawić, tylko nie czas.
Tik-tak! mówi zegar.
I już
Nie ma minuty! Chwytaj nie złapiesz! Przeminęła Nie wróci, nie kupisz jej za żadne pieniądze, nie wymienisz choćby za najładniejszy papierek po cukierku.
Ale dorośli kilka z tego rozumieją
Wskoczywszy na parapet swojego pokoju, Jasiek żuł pieroga i patrzył, jak na polance za domem szaleją wnuczki Klaudii i dzieciaki, przyszli świętować urodziny Świetki. Jubilatka kręciła się jak motylek w różowej sukience, a Jaśko wpatrywał się w nią, wyobrażając sobie, iż jest księżniczką lub wróżką z bajki.
Dorośli rozmawiali przy wielkim stole pod sienią Klaudii, a dzieci, trochę pobawione, poleciały pograć w piłkę za dom, na większej polanie.
Gdy tylko dzieciarnia się oddaliła, Jasiek domyślił się, gdzie poszły, i pobiegł do sypialni mamy. Z tego okna widać było całą polanę obserwował grę, bił brawo, cieszył się szczerze przez długi czas, aż niebo pociemniało.
Niektórym znudziła się zabawa, wróciły do dorosłych, inni wymyślili nową grę. Ale dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starym studni i to zwróciło uwagę Konika.
O tym, jak niebezpieczna jest studnia, Jasiek wiedział doskonale. Kasia nie raz ostrzegała go, by się do niej nie zbliżał.
Zrąb jest spróchniały, nikt nie korzysta, ale woda jest. Wpadniesz koniec! Zrozumiano? Nie podchodź tam nigdy, synu!
Nie będę!
Momentu, w którym Świetka poślizgnęła się i znikła z pola widzenia, Jasiek nie widział akurat zapatrzył się na chłopaków. Oni wybiegli na polanę, a Jasiek szukał spojrzeniem różowej plamki i zamarł przerażony.
Świetki na polanie nie było
Wypadł na swoje schodki, w sekundę zrozumiał, iż nie ma jej też wśród osób przy stole…
Nie pamięta dokładnie, czemu nie wybiegł po pomoc. Po prostu zleciał ze schodów i rzucił się na tyły domu, nie słysząc choćby wrzasku Klaudii:
Komu mówiłam, siedzieć w domu?!
Dzieciaki szalały na łące i choćby nie zauważyły, iż zginęła Świetka Tak samo nie zauważyli, iż Jasiek podbiegł do studni i dostrzegł gdzieś w dole jasną sukienkę.
Przytul się do ściany! krzyknął.
Nie chcąc jej potrącić, Jasiek położył się na brzegu, opuścił nogi i przeczołgał się po zmurszałych deskach, zanurzając się w ciemność studni.
Skoczył wiedząc, iż Świetce liczy się każda minuta.
Pływać nie umiała
Jasiek był tego pewien wiele razy widział, jak babcia Klaudia próbowała ją nauczyć nad jeziorkiem pod miasteczkiem.
Świetka nie nauczyła się pływać, Jasiek był dla niej straszakiem ale teraz, nałykawszy się wody, złapała się jego chudych ramion.
Już, nie bój się! Trzymaj się mnie! objął ją, jak uczyła mama. A ja będę krzyczał!
Ręce Jaśka ślizgały się po obślizgłych deskach zrębu, woda go ciągnęła, ale zdołał nabrać powietrza i wrzesnąć:
Pomocy!
Nie wiedział ani nie mógł wiedzieć, czy usłyszą go dorośli. Czy starczy sił, by się utrzymać, czy ktoś przyjdzie na ratunek. Wiedział jedno: ta zabawna dziewczynka w różu musi żyć! Piękna, jak minuty jest ich tak mało
Jego krzyk nie został usłyszany od razu.
Klaudia właśnie wynosiła wielką brytfannę z pieczoną gęsią, rozejrzała się za wnuczką i zbladła:
Świetka gdzie?!
Goście, podchmieleni, na początku nie wiedzieli, o co chodzi.
A Konik zdążył jeszcze raz, słabnąc coraz bardziej, zawołać to, co miał usłyszeć świat:
Mama
A Kasia, wracając z pracy, poczuła niepokój i przyspieszyła kroku, zupełnie zapominając o zakupach. Mijała sklep i sąsiadki na ławce bez słowa, biegiem aż do domu, czując, iż musi się spieszyć.
Wpadła na podwórko w momencie, gdy Klaudia, chwytając się za serce, osuwała się na schodach do sieni Kasi. Nie zwracając uwagi na chaos, rzuciła się na tyły domu i usłyszała głos syna, wołający ją.
Tu jestem, synku!
Nie musiała zgadywać, skąd głos. Starej studni bała się zawsze, błagała w urzędzie, by ją zasypać lub zabezpieczyć, ale nikt nie reagował. Postawiony własnoręcznie słaby płotek nie chronił ciekawskich dzieci tylko Kasi to przeszkadzało…
Nie było czasu w namysł pobiegła po sznur z suszarki do prania i, wybiegając z sieni, krzyknęła:
Za mną! Trzymajcie to!
Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był trzeźwy w sekundę związał sznur i obwiązał Kasię.
Dawaj, trzymam!
Świetkę Kasia wyłowiła natychmiast. Dziewczynka, objąwszy ją ramionami, błyskawicznie zmiękła, tuląc się do niej. Kasią wstrząsnął lęk.
Jaśka znaleźć w tej ciemności nie mogła, szukała spanikowana
Błagała jak zawsze, jak wtedy, w szpitalu:
Boże, nie zabieraj!
Przeczesując wodę ręką, czuła, jak minuty atakują ją strachem. Ale nie przestawała.
Proszę
Coś śliskiego i cienkiego trafiło w jej dłoń. Szarpnęła i wyciągnęła syna bała się choćby pomyśleć, czy oddycha. Krzyknęła najgłośniej jak umiała:
Ciągnijcie!
Już nad wodą, usłyszała ciche:
Mamo
Po prawie dwóch tygodniach w szpitalu Jasiek wrócił jako bohater.
Świetką się wypisali wcześniej nałykana wody, troche przestraszona, ot, kilka zadrapań i porwana sukienka.
Jasiek miał gorzej. Złamane nadgarstek, ból w klatce, czasem trudno oddychać. Ale mama była obok, lęk o Świetkę minął, a ona odwiedzała go z rodzicami. Jaśko cieszył się, iż wróci do domu, książek i ukochanego kota.
Synku, ty mój kochany! Gdyby nie ty Klaudia szlochała, tuląc opalonego Jaśka. Ja ci dam wszystko, co chcesz!
Po co? odparł. Zrobiłem, co trzeba. Jestem chłopakiem, prawda?
Klaudia objęła go jeszcze raz, nie wiedząc, iż chudy, niezgrabny Konik kiedyś odprowadzi opancerzony samochód pełen rannych spod ognia. I iż potem, nie pytając, kto swój, komu pomóc, zawsze będzie robił wszystko, by ulżyć w bólu tym, którzy jak on kiedyś wołają: Mamo
A na pytanie, czemu to robi, skoro spotkało go wiele złego, Konik odpowie krótko:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest adekwatnie!
***
Drodzy Czytelnicy!
Miłość matki naprawdę nie zna granic.
Kasia, mimo wszystkich trudności i uprzedzeń, zawsze kochała syna. Jej oddanie i wiara sprawiły, iż wyrósł na dobrego, mądrego człowieka. To opowieść o niezwyciężonej sile rodzicielskiej miłości.
Bo prawdziwy bohater to ten w duszy Jasiek, nieładny z wyglądu, w kluczowej chwili pokazał odwagę i dobroć. To czyny, nie wygląd, definiują człowieka. Pokazuje to, co najważniejsze dobroć, odwaga i współczucie to prawdziwa wielkość.
Sąsiedzi, którzy wcześniej gardzili Kasią i jej synem, musieli uznać ich godność po bohaterskim czynie Jaśka. Ta historia pokazuje, iż uprzedzenia padają wobec prawdziwych cnót, a najważniejsza lekcja to umiejętność przebaczenia, brak żalu i robienie tego, co trzeba, choćby z tobą postępowano niesprawiedliwie. Jak powiedział Jasiek Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest adekwatnie.
Niech ta historia zachęca do refleksji:
Czy wierzycie, iż dobroć mimo wszystkiego zawsze znajduje drogę i zmienia świat na lepsze? Jakie zdarzenia z waszego życia pokazują, iż prawdziwe bogactwo człowieka ukryte jest w jego duszy, nie w wyglądzie?






