Dzień dobereł.
Jak pięknie zrealizowany jest to film, świadczą nie tylko nagrody oskarowe, ale przede wszystkim uznanie widzów. Zarówno tych, co oglądali przy premierze, jak i obecnych – jak ja – którzy dopiero odkrywają „Pluton”.
Siedzą we mnie dwa wilki.
Jeden z nich twierdzi, iż to mroczna, ciężka i przez wysokie D (jak dramat) opowieść. Mamy tu chłopaków w plutonie na wojnie w Wietnamie, mamy tu historię o tym, iż tak, mężczyźni mają emocje i wojna dla nich jest piekielnie trudnym doznaniem. Mamy tu wreszcie próbę zmierzenia się ze zbrodniami wojennymi w USA.
Drugi wilk zaś mówi, iż „Pluton” jest bajką dla tych, co przetrwali tamtejsze piekło. Pocieszeniem, które wybrzmiewa delikatnie – jak niektóre kadry – i nieśmiało. Że przeżycie kogokolwiek jest opowieścią niemal nierealistyczną, taką ułudą szczęścia.
Myślałam, iż to kino będzie brutalniejsze, krwawsze.
Ale w kinie (anty)wojennym nie chodzi o pokazywanie flaków, jak w slasherze.
Raczej myśl jest taka: ukażmy piekło żołnierzy.
A tu dzieje się ono w głowie.
Nie wiem, czy „Pluton” można nazwać arcydziełem w swojej kategorii – bo zwyczajnie się na niej nie znam – ale jest kilka elementów, które rozwalają mózg:
zdjęcia – totalnie przemyślane, totalnie piękne, totalne w klimacie.
muzyka – jest jeden główny utwór, który tworzy taki klimat, iż klękajcie narody.
TA SCENA Z DAFOE. Jak ją zobaczycie, będziecie wiedzieć, iż to ONA. Kroi serce. A sam aktor ma świetną charyzmę od samego początku. Łoł, to było… doznanie.







