— Wynocha stąd! Mówię ci – idź! Po co tu się szwendasz?! — Krystyna Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki półmisek z gorącymi pierogami i odepchnęła sąsiadującego chłopaka. — No, zmykaj! Kiedy twoja matka wreszcie się tobą zajmie?! Leniuch! Chudy jak szczapa Szymek, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy przyzwyczaili się do jego przezwiska Konik, rzucił smutne spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się na swój ganek. Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań był zamieszkały tylko częściowo. Na dobrą sprawę, mieszkały tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Słomkowie i Karpińscy — Kasia z Szymkiem. Ci ostatni stanowili właśnie tę „połówkę”, na którą specjalnie nie zwracano uwagi, woleli ją ignorować, póki nie zachodziła jakaś nagła potrzeba. Kasia nie była istotną osobą, więc nikt nie tracił na nią czasu. Poza synem, Katarzyna nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama, jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale specjalnie jej nie zaczepiano, co najwyżej czasem poganiano Szymka, nazywanego nie inaczej jak Konik — przez jego chude, długie ręce i nogi oraz wielką głowę, która dziwnie trzymała się na cienkiej szyjce. Konik był niepozorny, lękliwy, ale bardzo dobry. Nie umiał przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, od razu je pocieszał, za co często obrywał od wymagających matek, które nie chciały, by ten „Strach” przebywał w pobliżu ich pociech. Kim jest ten Strach, Szymek nie wiedział do czasu, aż mama podarowała mu książkę o dziewczynce Dorocie. Wtedy zrozumiał, czemu go tak nazywają. Ale nie obrażał się. Szymek stwierdził, iż wszyscy tak mówiący czytali tę książkę, a więc wiedzą, iż Strach był mądry i dobry, wszystkim pomagał, a potem został choćby królem pięknego miasta. Kasia, gdy podzielił się z nią tymi wnioskami, nie wyprowadzała go z błędu — uznała, iż lepiej, jeżeli dziecko myśli o ludziach lepiej, niż są w rzeczywistości. Bo w świecie i tak jest dużo zła, a jej syn jeszcze go posmakuje całymi łyżkami. Niech przynajmniej dzieciństwo będzie szczęśliwe… Syna Kasia kochała nad życie. Wybaczyła ojcu Szymka nieudolność i zdradę, wzięła swój los na ręce już w szpitalu i zbeształa położną, gdy mówiła coś o tym, iż chłopiec urodził się „nie taki”. — Dajcie spokój! Mój syn jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie! — Kto tu się spiera?! Mądrym to on tylko nie będzie… — To się jeszcze okaże! — Kasia głaskała synka i płakała. Pierwsze dwa lata nie odstępowała Szymka od lekarzy i w końcu osiągnęła to, by zajęto się nim na poważnie. Targała go do miasta, trzęsąc się w starym autobusie i mocno przytulając szczelnie opatulonego synka. Współczujących spojrzeń nie zauważała, a gdy ktoś starał się ją pocieszyć lub dawał rady, zamieniała się w prawdziwą wilczycę: — Swoje do domu dziecka oddaj! Nie?! To ja twoich rad nie potrzebuję! Sama wiem, co robić! Do dwóch lat Szymek wyrównał poziom, przybrał na wadze i nie różnił się prawie niczym od innych dzieci. Ale piękny nie był. Duża, spłaszczona głowa, cienkie rączki i nogi i ta chudość, z którą Kasia walczyła wszystkimi sposobami, jakie były w jej zasięgu. Oszczędzając na sobie, synowi oddawała wszystko, co najlepsze — odbiło się to na jej zdrowiu. Mimo wyglądu, lekarze już prawie przestali się nim interesować, tylko kiwali z uznaniem głowami, patrząc, jak delikatna, jak leśna elfka, Kasia tuli swojego Konika. — Takich matek to ze świecą szukać! Miało być kalectwo, a teraz? Popatrzcie — bohater! Mądraliński, po prostu! — Tak! Taki właśnie jest mój chłopiec! — My tu raczej o tobie mówimy, Kasiu! Ty to jesteś prawdziwa dzielna! Kasia wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co ją chwalą. Czy matka nie powinna kochać swojego syna i się nim opiekować? Co tu za zasługa?! Tak właśnie powinno być! Gdy przyszła kolej Szymkowi iść do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył, tylko trochę się jąkał. To czasem niweczyło jego talenty. — Szymek, wystarczy. Dziękuję! – przerywała mu nauczycielka, oddając prawo czytania komuś z klasy. Później żaliła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak jest dobry, ale słuchać nie da rady. Na szczęście Szymka, była w szkole dwa lata, wyszła za mąż i poszła na urlop, a klasę oddano innej nauczycielce. Pani Maria była wiekowa, ale nie straciła hartu, dzieci kochała jak dawniej. gwałtownie pojęła, z kim ma do czynienia, pogadała z Kasią i skierowała ją do dobrego logopedy, a Konika prosiła, by oddawał zadania pisemnie. — Tak ładnie piszesz! Lubię to czytać! Szymek rozkwitał od tej pochwały, a Maria czytała na głos jego odpowiedzi przed klasą, podkreślając, jaki jest zdolny. Kasia ze wzruszenia płakała, nie mogąc się nachwalić, ale pani Maria natychmiast ucinała jej próby odwdzięczenia się: — Oszalałaś? To moja praca! A chłopak jest świetny! Zobaczysz — poradzi sobie! Szymek do szkoły biegał podskakując, co bardzo bawiło sąsiadów. — O, nasz Konik podskakuje! To znak, iż i my musimy się zbierać! Ależ natura pokarała to dziecko! I po co ona go utrzymała przy życiu? O tym, co myślą o niej i jej synu sąsiedzi, Kasia wiedziała. Ale kłócić się nie lubiła, uznając, iż jeżeli Bóg nie dał komuś serca i duszy, to i tak nie zrobisz z niego człowieka. Nie warto marnować czasu. Lepiej zrobić coś dobrego — posprzątać dom, posadzić kolejną różę przy ganku. Podwórko z kwietnikami pod każdym oknem i własnym sadem z tyłu nikt nie próbował grodzić — każdy miał „swój” kącik przy schodkach do swojego mieszkania. Kącik Kasi był najpiękniejszy. Kwitły tu róże i lilak, a schodki Kasia wyłożyła kawałkami płytek, wyżebranych od kierownika domu kultury, gdzie był remont. Kupa tłuczonej glazury połyskiwała w słońcu jak skarby dalekiego świata. — Oddajcie mi to! – wdarła się do gabinetu dyrektora. — Co chcesz? — Płytki! Oddajcie mi te płytki! Dyrektor się śmiał, ale pozwolił. Kasia znalazła taczki u sąsiadów i do wieczora wybierała z kupy najładniejsze kawałki. Potem dumna przeszła przez całą wieś, pchając taczkę, w której siedział dumny Konik. — Po co jej te śmieci? – dziwiły się sąsiadki. Ale kilka tygodni później zaniemówiły z wrażenia, widząc, co Kasia zrobiła z tych niepotrzebnych nikomu odpadków… Nigdy nie była w muzeach, nie widziała greckich fresków czy bizantyjskich katedr. Ale instynktownie wyczuła, co zrobić z tym, co trafiło jej w ręce. Próg wysadzany płytkami stał się dziełem sztuki, na które chodzili patrzeć wszyscy we wsi. — No popatrz! Po prostu majstersztyk… Kasia nie przejmowała się opiniami. Najważniejsze były słowa syna: — Mamo, jak tu pięknie… Szymek siedział na schodku, przesuwał palcem po wzorze i był szczęśliwy. A Kasia znowu płakała, bo jej syn był szczęśliwy… A powodów do euforii nie miał zbyt wiele. Pochwała w szkole lub pieszczota i smakołyki od mamy – to były wszystkie przyjemności. Przyjaciół Konik prawie nie miał; nie nadążał za chłopakami, wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczynki go unikały, a zwłaszcza sąsiadka Krystyna, mająca trzy wnuczki — pięć, siedem i dwanaście lat. — choćby nie podchodź do nich! – groziła Konikowi pięścią. – To nie dla ciebie dziewczyny! Co myślała w swojej trwałej sąsiadka, nikt nie wiedział. Kasia kazała Szymkowi trzymać się z daleka od Krystyny i jej wnuczek. — Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje… Szymek zgodził się i nie podchodził na krok, choćby gdy Krystyna szykowała się do święta. — O, grzechy moje! – mówiła Krystyna, przykrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem. – Jeszcze pomyślą, iż jestem skąpa! Zaczekaj! Wyjęła kilka pierogów i dogoniła chłopca. — Masz! Żebym cię tylko nie widziała na podwórku! Mamy święto! Siedź cicho, aż mama wróci z pracy! Rozumiesz? Szymek kiwnął głową, podziękował za pierogi, ale Krystyna już o nim zapomniała. Zaraz miały zjechać się dzieci, przywozić wnuki i cała rodzina. Zbliżał się czas imprezy, a ona jeszcze nie była gotowa. Urodziny najmłodszej i najulubieńszej wnuczki, Świetusi, Krystyna chciała wyprawić z rozmachem. Słabowity, wielkogłowy Szymek-Konik wcale jej nie był potrzebny! Po co dzieci straszyć, jeszcze nie będą spać! Krystyna wzdychała, przypominając, jak odradzała sąsiadce rodzenie go. — Po co ci, Kaśka, dziecko?! Nie dasz mu przyszłości… Zmiecie go los! Zginie pod płotem jak nic! — Widziałaś mnie kiedyś z wódką w ręce? – Kasia nie dawała się. — To nic nie znaczy! Z takich nędzarzy jak ty tylko jedna droga! Tobie rodzice nie dali nic, a dziecku też nic nie dasz! Nie nauczona jesteś być matką! Po co męczy twoje dziecko? Pozbądź się go, póki możesz! — Jeszcze czego?! Nie wstyd ci? Sama masz dzieci! — Ja swoje sama wychowałam. A ty mu nic nie dasz! Pomyśl sama! Kasia przestała wtedy z Krystyną rozmawiać. Chodziła z dumą, niosąc swój wielki, jakby niezdarny, brzuch i nie zwracając uwagi na sąsiadkę. — Po co się na mnie złościsz, głupia? Ja dobrze ci życzę! – kiwała głową Krystyna. — Twoje dobro śmierdzi! Mam mdłości! – odburkiwała Kasia, głaszcząc brzuch i uspokajając nieznajomego jeszcze Konika. – Nie bój się, malutki! Nikt cię nie skrzywdzi! Co naprawdę się działo przez siedem lat życia Szymka, mamie nigdy nie mówił. Oszczędzał ją… Gdy mocno go zraniono — płakał cicho w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mama przeżyje to sto razy mocniej. Smutek spływał z niego jak woda z kaczki, nie pozostawiając goryczy ani złości. Czyste dziecięce łzy zmywały wszystko i po chwili nie pamiętał już, kto go czym uraził, tylko żałował dziwnych dorosłych, co nie rozumieli prostego. Bez urazy i złości żyje się o wiele lżej… Krystyny Matwiejewny Szymek już się nie bał, ale nie lubił jej. Za każdym razem, gdy groziła mu i mówiła coś przykrego, Szymek uciekał, żeby nie widzieć jej złych oczu i nie słyszeć ostrych jak brzytwa słów, jakie mu rzucała. Gdyby Krystyna spytała, co on o niej myśli, mocno by się zdziwiła. Szymek jej żałował. Szczerze, tak jak tylko on potrafił. Było mu żal tej kobiety, co marnuje swoje chwilki na złość. Czas Szymek cenił ponad wszystko. Już dawno zrozumiał, iż nic nie jest cenniejsze. Wszystko można naprawić czy odzyskać — ale nie czas. — Tik-tak! – mówi zegar. I koniec… Nie ma tej chwilki. Łap — nie złapiesz! Przeszła… Nie kupisz jej za żadne pieniądze, nie wymienisz na najpiękniejszy papierek od cukierka. Dorośli tego nie rozumieli… Wdrapawszy się na parapet w swoim pokoju, Szymek jadł pieroga i patrzył, jak wnuczki Krystyny i inne dzieci ganiają na łące za domem żeby uczcić urodziny Świetusi. Solenizantka wirowała jak motylek w różowej sukience. Szymek patrzał jak zaczarowany, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę czy wróżkę z bajki. Dorośli świętowali przy dużym stole na ganku Krystyny, dzieci grały w piłkę na łące przy starym studni. Szymek, gdy dzieciaki zaczęły wrzeszczeć, domyślił się, gdzie pobiegły i pognał do sypialni matki. Z jej okna była widoczna cała łąka i długo patrzył na bawiące się dzieci, klaszcząc i ciesząc się ich radością, aż się zaczęło ściemniać. Ktoś wyszedł do rodziców, ktoś zaczął nową grę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni, zwracając uwagę Konika. O niebezpieczeństwie przy studni Szymek wiedział – mama często go ostrzegała. — Tam zrąb całkiem zgniły. Nikt nie używa studni, ale woda tam jest. Wpadniesz — i przepadłeś! choćby nie krzykniesz… Nie podchodź tam, synku! — Nie będę! Kiedy Świetusia ześlizgnęła się i zniknęła z pola widzenia, Szymek przegapił – zapatrzył się na chłopaków gromadzących się w kółku. Powędrowali dalej, a Szymek szukał różowej plamki i nagle zamarł. Świetusi na łące już nie było… Szymek wybiegł na ganek, wystarczyła mu jedna sekunda, by zrozumieć — też nie ma jej przy stole… Czemu nie pomyślał, iż trzeba wołać dorosłych, Szymek sam nie wiedział. Sturlał się z ganku i pobiegł na tyły domu, nie słysząc choćby zagniewanego wrzasku Krystyny: — Komu mówiłam, żeby siedzieć w domu?! Dzieci nie zauważyły choćby jej zniknięcia, jak i tego, iż Szymek podbiegł do studni i dostrzegł daleko w dole coś jasnego, zawołał: — Przyciśnij się do ściany! Bał się jej zranić, więc położył się na brzegu, zawisł nogami w dół i przeczołgawszy się po zgniłych deskach, zanurkował w ciemność. Do studni wskoczył, wiedząc, iż liczy się każda minuta. Świetusia nie umiała pływać — doskonale o tym wiedział, bo nie raz widział, jak babcia próbowała ją nauczyć na miejscowej plaży. Świetusia nie nauczyła się pływać, a Szymka się bała, za sprawą babci. Ale gdy łapczywie łapała powietrze, wczepiła się w Konika z całych sił. — Już, nie bój się, jestem z tobą! — objął ją za szyję, jak uczyła mama. – Trzymaj się! A ja będę krzyczał! Poślizgnięte dłonie ześlizgiwały się z oslizgłych desek, Świetusia ciągnęła w dół, ale Szymek nabrał powietrza i krzyknął najgłośniej, jak tylko mógł: — Ratunku! Nie wiedział, iż dzieciaki z łąki zaraz uciekły, gdy tylko wpadł do wody. Nie wiedział, czy starczy mu sił, zanim dotrą dorośli. Nie wiedział, czy ktoś go usłyszy… Wiedział jedno — mała dziewczynka w różowej sukience musi żyć! W końcu na świecie piękna, tak jak chwil, jest niewiele. Wołanie nie od razu dotarło do uszu dorosłych. Krystyna, wyciągając wielki półmisek z pieczoną gęsią, szukała wnuczki, by się pochwalić i zamarła: — Gdzie Świetusia?! Goście nie od razu pojęli, czego chce wściekła gospodyni, która rzuciła gęś na stół i zakrzyknęła tak przerażająco, iż zaniepokoiła całą okolicę. A Konik, słabnąc, zawołał jeszcze raz, to słowo, które dorośli zawsze chcą usłyszeć: — Mamo… A Kasia, śpiesząc z pracy, nagle przyspieszyła kroku, zapominając choćby o chlebie i wpada na podwórko właśnie wtedy, gdy Krystyna osuwała się na jej schodkach. Nim zrozumiała, co się dzieje, Kasia pobiegła za dom, tam gdzie zwykle bywał Konik, i usłyszała głos syna. — Jestem tu, synku! Nie musiała się domyślać, skąd dochodzi głos. Starej studni bała się od dawna, prosiła nieraz, by ją zasypać, ale nikt nie słuchał… Nie było czasu w myślenie. Kasia pobiegła, chwyciła suszącą się sznurką i krzyknęła: — Za mną! Trzymajcie mnie! Jeden z zięciów Krystyny miał jeszcze trzeźwy umysł. W chwilę obwiązał drobną Kasię liną: — Jedź! Ja trzymam! Świetusię Kasia wyłowiła od razu. Dziewczynka wpiła się jej w szyję. Kasia ze strachu prawie zemdlała. Szymka w ciemności długo nie mogła odnaleźć… Wtedy zaczęła się modlić jak kiedyś w szpitalu: — Boże! Nie zabieraj! Tracąc dech, szukała w zimnej wodzie. Wydawało się, iż sekundy uderzają ją strachem, a ona nie może się zatrzymać. — Proszę… Coś chude i śliskie mignęło w jej dłoni. Kasia wyciągnęła syna z mroku, bojąc się myśleć, czy żyje. Wrzasnęła ile sił: — Ciągnijcie mnie! Już podnosząc się nad wodą, usłyszała słabe, zachrypnięte: — Mamo… Do wsi Szymek wrócił po dwóch tygodniach w szpitalu jako bohater. Świetusię wypisano wcześniej, nałykała się wody, wystraszyła, ale poza kilkoma zadrapaniami i porwaną sukienką, wyszła bez większego szwanku. Szymek miał gorzej — złamane nadgarstek, długo nie mógł oddychać, ale mama była przy nim, a strach o Świetusię, która go odwiedzała z rodzicami, minął. Cieszył się, iż niedługo wróci do domu, do swoich książek i kota. — Kochany chłopaku! Boże! Gdyby nie ty… – płakała Krystyna, obejmując opalonego Szymka. – Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz! — Ale po co? – Szymek wzruszył chudym ramieniem. – Zrobiłem tylko, co trzeba. Czy nie jestem chłopakiem? Krystyna nie znalazła odpowiedzi i tylko ściskała chłopca. Jeszcze nie wiedziała, iż ten chudy, niezgrabny chłopak, którego wciąż będą nazywać Konikiem, za kilka lat przeprowadzi przez ostrzał opancerzony transporter pełen rannych, a potem, nieważne komu, ulży w bólu tym, którzy będą wołać „mamo”… Zapytany, czemu to robi, skoro ludzie byli dla niego tacy okrutni, Konik odpowie krótko: — Jestem lekarzem. Tak należy. Trzeba żyć. Tak trzeba! Matczyna miłość nie zna granic — historia Kasi, Szymka Konika i dzielnego serca Czy wierzysz, iż dobroć kruszy lody i zmienia świat na lepsze? Kiedy w twoim życiu okazało się, iż prawdziwe bogactwo to dobroć, a nie wygląd?

newsempire24.com 3 dni temu

Odejdź stąd! Powiedziałam ci, żebyś szedł! Czego się tu pałętasz?! pani Klaudia Matwiejowa z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki półmisek gorących pierogów i popchnęła chłopca z sąsiedztwa. Wynoś się! Kiedy twoja matka wreszcie zacznie cię pilnować?! Nicponiu!

Chudy jak patyk Staś, którego nikt nie wołał po imieniu, bo na wszystkich podwórkach mówiono na niego Skoczek, spojrzał jednym okiem na surową sąsiadkę i powłóczył się w stronę własnego ganku.

Wielka kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była wtedy w połowie pusta. Żyły tam w zasadzie dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpackie Kaśka z Stasiem.

Ci ostatni byli właśnie tą połówką, na którą adekwatnie nikt nie zwracał uwagi i woleli udawać, iż ich nie ma dopóki nie wynikła jakaś konieczność. Kaśka nie była kimś ważnym, więc i czasu w nią szkoda było tracić.

Kaśka miała tylko syna. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama, jak umiała. Spoglądano na nią z ukosa, choć rzadko zaczepiano chyba tylko wtedy, gdy trzeba było pogonić Stasia, którego z powodu chudych, długich kończyn i sporej głowy, za którą trzymała cienka szyjka, wołano na podwórku Skoczkiem.

Skoczek był bardzo niepozornym, nieśmiałym, ale dobrym chłopcem. Nie potrafił przejść obojętnie obok dziecka we łzach od razu pocieszał, za co często spotykała go reprymenda od matek, które nie chciały obok swych pociech takiego straszydła.

Dopiero później Staś dowiedział się, kto to ten Straszydło mama podarowała mu książkę o Dorotce, i wtedy zrozumiał, dlaczego tak na niego mówią.

A jednak się nie obraził. Pomyślał raczej, iż skoro czytali tę książkę, to wiedzą, iż Straszydło okazał się rozumnym i dobrym bohaterem, który pomagał wszystkim i na końcu został królem pięknego miasta.

Kaśka, której syn opowiedział o swych przemyśleniach, nie zamierzała go przekonywać. Pozwoliła, by myślał o ludziach lepiej, niż na to zasługiwali.

Wszak zła na świecie jest i tak mnóstwo, a jej syn zdąży się go jeszcze nasmakować. Dzieciństwo ma być radością

Syna Kaśka kochała bez granic. Wybaczyła jego ojcu pijackie wybryki i zdradę, przyjęła swój los zaraz po porodzie i ostro przygarnęła do serca noworodka, uciszając położną, która szeptała, iż coś ten chłopak jakiś dziwny.

Proszę nie wymyślać! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!

No, może i tak Ale mądry to on raczej nie będzie

Zobaczymy jeszcze! Kaśka gładziła policzek maleństwa i płakała.

Przez pierwsze dwa lata codziennie woziła Stasia po lekarzach. Dopraszała się uwagi dla syna, trzęsąc się w starym autosanie, mocno przytulając zawiniętego chłopca.

Chodziła nieczuła na pełne współczucia spojrzenia. Gdy ktoś próbował ją pouczyć, stawała się jak wilczyca:

Oddaj swoje do domu dziecka! Nie? No to zostaw moje w spokoju! Samą potrafię zadbać!

Do dwóch lat Staś nadgonił rówieśników trochę się zaokrąglił, przestał odstawać w rozwoju. Ale pięknisiem nigdy nie był. Wielka, lekko spłaszczona głowa, chude ręce i nogi i wiecznie za szczupła sylwetka, z którą Kaśka walczyła na wszelkie sposoby.

Oszczędzając na sobie, synowi dawała wszystko, co najlepsze. I to się odbiło na jego zdrowiu lepszym, niż lekarze przewidywali. Przestali się już o niego martwić, a jedno tylko kiwali głowami, patrząc, jak drobna jak elf kobieta przytula swojego Skoczka.

Takich matek, pani Kaśko, ze świecą szukać! Miało być źle, a tu proszę, chłopak jak malowany!

Tak, mój syn właśnie taki jest!

Ale i ty, Kasiu, powinnaś być z siebie dumna! chwaliły Kaśkę pielęgniarki.

Tylko ona sama nie wiedziała, za co miałaby dziękować. Czy matka nie powinna kochać dziecka i dbać o nie? Jaka w tym zasługa? Ona po prostu robiła to, co do niej należało.

Kiedy Staś miał iść do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył, choć nieco się jąkał. I to stawało mu czasem na przeszkodzie.

Stasiu, wystarczy! Dziękuję! ucinała nauczycielka i podawała tekst do czytania innemu dziecku.

Narzekała potem w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec jest bystry i miły, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Ale długo nie popracowała wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przekazano innej nauczycielce.

Maria Iljinowna była już podstarzała, ale energii jej nie brakowało i dzieci kochała jak dawniej. Skoczka przejrzała od razu. Namówiła Kaśkę na wizytę u dobrego logopedy, a Skoczka prosiła, by oddawał prace głównie pisemnie.

Masz piękne pismo! Bardzo lubię je czytać!

Staś rozkwitał od tych pochwał, a Maria Iljinowna czytała głośno jego odpowiedzi, za każdym razem chwaląc zdolności chłopca.

Kaśka wylewała łzy wdzięczności, najchętniej całowałaby ręce nauczycielki, której dobroć spływała na jej syna. Ale Maria Iljinowna ucięła to krótko:

Niechże pani nie przesadza! To moja robota! A chłopak jest cudowny. Wszystko będzie dobrze!

Do szkoły Staś biegł podskakując, czym rozbawiał sąsiadów.

O, nasz Skoczek leci! I znów gniemy się na zmianę! No cóż, natura poskąpiła mu urody. Ale czemuż go nie zabrali?

Kaśka dobrze wiedziała, co o niej i synu mówi się na podwórku. ale nie lubiła się kłócić. Wierzyła, iż jeżeli człowiekowi brak serca, nie zmusi się go do dobrego zachowania.

I nie warto tracić czasu w rozważania o tym, dlaczego ludzie bywają tacy surowi. Lepiej poświęcić go na coś sensownego choćby zająć się domem albo zasadzić nowe róże pod oknem.

Wielki ogród, z klombami pod każdym oknem i małym sadem z tyłu domu, dzielono tylko niepisaną zasadą: każdy skrawek należy do tego mieszkania, którego ganek tam prowadzi.

Skrawek Kaśki był najpiękniejszy. Kwiaty róż i ogromny krzew bzu zdobiły ogródek, a schody z ganku Kaśka wyłożyła kawałkami płytek, które wytargała od dyrektora miejscowego domu kultury. Tam trwał remont, a Kaska uprosiła, by pozwolono jej zabrać te skarby.

Daj mi te płytki! powiedziała, wbijając się do gabinetu dyrektora.

Co takiego chcesz?

Te płytki! Oddaj mi!

Dyrektor tylko się zaśmiał, ale pozwolił. Kaśka pożyczyła więc taczkę od sąsiada i grzebała w hałdzie potłuczonych kafelków, wybierając odpowiednie fragmenty.

A później, dumna, przetoczyła tą taczkę przez pół wsi, a Skoczek dumnie siedział na jej wierzchu.

Po co jej ten śmieć? dziwiły się sąsiadki.

Ale po kilku tygodniach były w szoku, gdy zobaczyły, co Kaśka stworzyła z niepotrzebnych kawałków.

Nigdy nie była w muzeum ani za granicą. Nie widziała greckich fresków czy bizantyjskich świątyń. Ale jej wyczucie piękna podpowiedziało jej, jak zrobić cudo z tego, co dostała. I schody wyłożone kafelkami stały się prawdziwym dziełem sztuki chodziła je podziwiać cała wieś.

No, popatrz, ale majstersztyk

Kaśka nie zrażała się zdziwieniem innych. Najważniejszy był dla niej jeden komplement od syna:

Mamusiu, jak tu pięknie

Staś, siedząc na schodku, wodził palcem po kafelkach, a Kaśka znów się popłakała. Bo jej chłopczyk był szczęśliwy.

A powodów do szczęścia wiele nie miał. W szkole go pochwalili, albo mama przygotowała coś smacznego i przytuliła, mówiąc, jaki z niego mądry chłopak. I tyle.

Przyjaciół miał mało, bo nie mógł dogonić chłopaków biegających po boisku, zdecydowanie wolał czytanie niż piłkę. Dziewczynki nie chciały się z nim bawić szczególnie sąsiadka Klaudia ze swoimi trzema wnuczkami, Tereską, Martynką i Bożeną.

choćby mi się do nich nie zbliżaj! groziła Klaudia pięścią do Skoczka. Nie dla ciebie te dziewczyny!

Co się działo w jej głowie, nikt nie wiedział. Kaśka radziła synowi trzymać się z daleka od Klaudii i wnuczek.

Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje

Skoczek zgadzał się z mamą i naprawdę trzymał się z dala od sąsiadki. Tamtego dnia, gdy Klaudia szykowała wielką imprezę, Staś tylko przechodził obok, zupełnie nie zamierzając się bawić.

O grzechy moje ciężkie! powiedziała Klaudia, okrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem. Jeszcze powiedzą, żem chciwa. Poczekaj!

Wybrała dwa pierogi i dogoniła chłopca.

Masz! Ale żebyś mi tu więcej się nie kręcił! Dziś święto, siedź cicho, aż wróci twoja matka z pracy! Zrozumiałeś?

Staś skinął głową, dziękując za pierogi. Ale Klaudia już nie zwracała na niego uwagi. niedługo zaczęli się zjeżdżać goście i czas było zasiadać, tymczasem ona wciąż nie skończyła gotowania. Urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Tereski, Klaudia chciała wyprawić z rozmachem. A syn sąsiadki, słabowity, wielkogłowy Skoczek, był jej nie na rękę!

Nie ma co straszyć dzieci takim wytrzeszczykiem! Jeszcze spać nie będą! Klaudia wspomniała, jak kilka lat wcześniej przekonywała Kaśkę, by porzuciła dziecko.

Po co ci, Kaśka, to dziecko? Co mu dasz? Zamarznie gdzieś pod parkanem!

Widziała mnie pani choć raz z wódką w ręku? Kaśka odcięła się zdecydowanie.

To nic nie znaczy! Z takiej biedy tylko jedna droga Tobie i jemu nic nie świeci! Po co się tak męczyć? Oddaj go, póki możesz!

I jeszcze czego! Jak pani nie wstyd! Przecież sama jest pani matką!

A ty mnie nie pouczaj! Sama dzieci wychowałam. Co swoim dasz? Nic! Przemyśl to sobie!

Od tamtej pory Kaśka przestała się z Klaudią witać. Przechodziła obok, dumnie niosąc nieforemny, duży brzuch i nie patrzyła w stronę sąsiadki.

Klaudia mruczała za nią pod nosem, iż przecież dla jej dobra tak mówi

Twoje dobro śmierdzi! odpowiadała Kaśka i głaskała brzuch, uspokajając małego Skoczka. Nie bój się, kochanie! Nie pozwolę cię skrzywdzić.

O tym, co naprawdę działo się przez osiem lat życia, Staś matce nie opowiadał. Żal jej było Gdy mocno go ktoś skrzywdził płakał gdzieś w kącie po cichu. Rozumiał, iż matka byłaby bardziej zmartwiona od niego. Obrażenia spływały po nim jak woda po kaczce. Świeże łzy zmywały przykrości już za pół godziny zapominał, kto i co powiedział, i żałował tylko dorosłych, którzy nie rozumieli tego, co najprostsze.

Bez żalu i złości żyje się lżej

Bać się Klaudii Staś już dawno przestał, ale nie lubił jej specjalnie. Gdy tylko groziła mu palcem lub rzucała ostre słowa, uciekał z podwórka, by nie słyszeć jej ostrych, raniących niczym brzytwa słów. A gdyby zapytała go, co myśli o tej sytuacji, bardzo by się zdziwiła.

Staś życzliwie jej współczuł. Z całego serca, jak tylko dziecko potrafi. Szkoda mu było tej kobiety, która marnowała chwile na gniew.

Chwile dla Stasia były najcenniejsze. Zrozumiał, iż nic cenniejszego nie istnieje. Wszystko można odzyskać lub naprawić. Tylko czasu nie.

Tik-tak! powie zegar.

I już chwili nie ma. Spróbuj ją schwytać! Zniknęła i nie da się jej wykupić za żadne pieniądze ani wymienić choćby za najpiękniejszy papierek po cukierku.

A dorośli tego nie rozumieli

Wdrapawszy się na parapet w swoim pokoju, Staś jadł pieróg i patrzył, jak na polance za domem biegają wnuczki Klaudii i inne dzieciaki, które przyszły świętować urodziny Tereski. Jubilatka latała jak motylek w różowej sukience, a Staś patrzył na nią z zachwytem, wyobrażając ją sobie jako wróżkę czy księżniczkę z bajki.

Dorośli świętowali, siedząc przy wielkim stole pod gankiem Klaudii, a dzieci pobiegły z piłką ku starej studni, bo tam była większa polana.

Staś, gdy tylko banda wybiegła na trawę, pobiegł do sypialni matki. Z okna tego pokoju wszystko było widać jak na dłoni. Długo oglądał grę, klaskał, cieszył się, aż zaczęło zmierzchać.

Jedne dzieci wracały do rodziców, inne wymyślały nową zabawę. Jedynie dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i to zwróciło uwagę Skoczka.

Wiedział, iż przy studni jest niebezpiecznie Kaśka nie raz ostrzegała go przed tym miejscem.

Tam zrąb zupełnie zgnił. Niby nikt nie korzysta, ale woda jest. Spadniesz przepadniesz, nikt nie usłyszy! Zrozumiałeś? Nie chodź tam, synku!

Nie będę!

Staś nie zauważył momentu, gdy Tereska się poślizgnęła i zniknęła z pola widzenia przy krawędzi studni. Zapatrzył się akurat na chłopaków zbitych w gromadkę, nie zauważył też, gdy zniknęła różowa plamka na trawie. Zamarł z przerażenia.

Tereski nie było na łące.

Wyskoczył na ganek, wystarczyła mu chwila, by dostrzec, iż i przy stole jubilatki brak

Czemu nie krzyczał o pomoc, nie wiedział potem. Zbiegł po schodach i pognał na podwórek tylny, choćby nie słysząc, jak Klaudia woła za nim z oburzeniem:

Powiedziałam, żebyś siedział w domu!

Dzieci biegały jak wiatr, nikt nie zainteresował się Tereską. choćby nie zauważyły jej nieobecności. Ani tego, iż Staś podbiegł do krawędzi studni i zobaczył coś jasnego na dnie.

Przytul się do ściany! krzyknął.

Obawiając się niechcący urazić Tereskę, położył się na krawędzi, zwiesił nogi i ostrożnie wślizgnął się w ciemność.

Staś skoczył do studni, bo wiedział, iż u Tereski liczy się każda minuta.

Nie umiała pływać

Słyszał o tym wiele razy, gdy latem pluskali się w stawie, a Klaudia narzekała i próbowała nauczyć wnuczkę, bez rezultatu.

Więc, gdy Tereska złapała się kurczowo za jego szyję, Staś objął ją jak nauczyła go mama:

Nie bój się! Jestem z tobą! Trzymaj się, a ja będę krzyczał!

Śliskie od mułu belki wyślizgiwały się z rąk, Tereskę ciągnęło na dno, ale Staś zdołał nabrać powietrza i krzyknąć tak głośno, jak tylko mógł:

Pomocy!

Nie wiedział, iż dzieciaki z polany uciekły tuż po tym, jak wpadł do studni. Nie wiedział, czy wystarczy mu sił, by dotrwać do czasu przyjścia dorosłych. Nie wiedział, czy ktokolwiek go usłyszy

Jedno wiedział mała, zabawna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo piękna i dobrych chwil w tym świecie niewiele.

Dopiero po chwili rozległ się alarm.

Klaudia, niosąc pieczoną gęś na wielkim półmisku, rozglądnęła się za wnuczką i zamarła:

Tereska! Gdzie Tereska?!

Goście, już podchmieleni, nie zrozumieli od razu. Dopiero Klaudia uderzyła półmiskiem o stół i zawyła tak, iż pospieszono się przy stole i pod domem rozbiegli się wszyscy.

A Skoczek jeszcze raz zdołał zawołać słabym głosem jedno słowo:

Mamo

I właśnie wtedy Kaśka, która wracała z pracy, przyśpieszyła kroku, zapominając choćby o pieczywie. Minęła sklep, nie pozdrowiła sąsiadek plotkujących na ławce. Przebiegła przez wieś, nie wątpiąc ani chwili, iż właśnie teraz należy się spieszyć.

Na podwórze wpadła w momencie, gdy Klaudia osunęła się na schodki jej ganku. Nie myśląc długo, pobiegła na tył domu, gdzie zwykle bawił się Staś. Usłyszała jego głos.

Jestem tu, synku!

Nie musiała zgadywać, skąd dochodzi głos. Od dawna bała się tej studni. Wielokrotnie prosiła sołtysa, by ją zasypano albo przynajmniej przykryto czymś lepszym niż zgniłą deską, ale nikt nie zadbał o bezpieczeństwo dzieci. Słaby płotek, co postawiła, nie mógł ich ochronić

Czasu na myślenie nie było. Kaśka pobiegła po sznur do bielizny, wybiegła na ganek i wrzasnęła:

Pomóżcie! Trzymać!

Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był dostatecznie trzeźwy, by zrozumieć, czego chce Kaśka. Zawiązał sznur, omotał ją i przytrzymał.

Tereskę wyciągnęła od razu. Dziewczynka przytuliła się i natychmiast zwiotczała. Kaśkę aż zatrzęsło z przerażenia.

Stasia, mimo wysiłków, w ciemnościach nie mogła namacać.

I wtedy zaczęła się modlić, jak przed laty w szpitalu, kiedy rodziła syna:

Boże! Nie zabieraj!

Szukała ręką we wodzie, coraz bardziej zrozpaczona. Coś śliskiego wpadło jej w dłoń. Szarpnęła i wyciągnęła syna, bała się choćby pomyśleć, czy oddycha. Krzyknęła:

Ciągnij!

I gdy wciągali ją na górę, usłyszała ciche, ochrypłe:

Mamo

Do wsi Staś wrócił po prawie dwóch tygodniach w szpitalu jak bohater.

Tereskę wypisano wcześniej tylko się przestraszyła i podrapała. Staś ucierpiał bardziej; złamane nadgarstek, trudności z oddychaniem, ale matka była obok, a strach za Tereskę minął, bo dziewczynka przychodziła z rodzicami w odwiedziny. Staś był szczęśliwy, iż wraca do domu do książek i ukochanego kota.

Boże, chłopaku złoty! Gdyby nie ty płakała Klaudia, obejmując opalonego Stasia. Wszystko ci dam, czego zechcesz!

Po co? wzruszył ramionami Staś. Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną?

Klaudia przytuliła go jeszcze raz, nie wiedząc, iż ten chudy, niezgrabny chłopak, który pozostanie Skoczkiem, kilka lat później poprowadzi sanitarkę pełną rannych przez pole ostrzału. A później, nie pytając, kto z której strony, zrobi wszystko, by bólu i strachu mniej było tym, którzy, jak on kiedyś, wołać będą: Mamo

I kiedy ktoś spyta, czemu to robi przecież nie tak go traktowali Skoczek odpowie krótko:

Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest słusznie.

***

Drodzy Czytelnicy!

Bo miłość matki nie zna granic.

Kaśka, mimo wszystkich trudności, kochała swego syna bez warunków. Jej oddanie i wiara pozwoliły Stasiowi dorosnąć na dobrego i mądrego człowieka. To najlepszy dowód niezwyciężonej siły miłości rodzicielskiej.

A prawdziwy bohater tkwi w duszy: Staś, choć nieładny, uratował życie Teresce, nie wahając się ani chwili. Jego czyn, nie wygląd, określił kim jest. Bo dobroć, odwaga i współczucie są prawdziwą wielkością.

Sąsiedzi musieli przyznać się do błędu i uznać ich wartość po bohaterskim czynie Skoczka. Ta opowieść udowadnia, iż uprzedzenia ustępują miejsca cnotom, a najwyższą lekcją jest umieć przebaczać, nie nosić urazy i czynić dobrze, choćby jeżeli samemu doświadczyło się krzywdy.

Skoczek powie: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest dobrze!

Niech ta opowieść przypomina nam, iż człowieczeństwo i współczucie zawsze zwyciężają obojętność i złość, a prawdziwe piękno pochodzi z serca.

A Wy, drodzy Czytelnicy czy wierzycie, iż dobroć zawsze zatriumfuje i odmienia świat na lepsze? Czy doświadczyliście, iż pozory mylą, a wartość człowieka jest w duszy?

Idź do oryginalnego materiału