Odejdź stąd! Powiedziałam ci, żebyś szedł! Czego się tu pałętasz?! pani Klaudia Matwiejowa z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki półmisek gorących pierogów i popchnęła chłopca z sąsiedztwa. Wynoś się! Kiedy twoja matka wreszcie zacznie cię pilnować?! Nicponiu!
Chudy jak patyk Staś, którego nikt nie wołał po imieniu, bo na wszystkich podwórkach mówiono na niego Skoczek, spojrzał jednym okiem na surową sąsiadkę i powłóczył się w stronę własnego ganku.
Wielka kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była wtedy w połowie pusta. Żyły tam w zasadzie dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie i Karpackie Kaśka z Stasiem.
Ci ostatni byli właśnie tą połówką, na którą adekwatnie nikt nie zwracał uwagi i woleli udawać, iż ich nie ma dopóki nie wynikła jakaś konieczność. Kaśka nie była kimś ważnym, więc i czasu w nią szkoda było tracić.
Kaśka miała tylko syna. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama, jak umiała. Spoglądano na nią z ukosa, choć rzadko zaczepiano chyba tylko wtedy, gdy trzeba było pogonić Stasia, którego z powodu chudych, długich kończyn i sporej głowy, za którą trzymała cienka szyjka, wołano na podwórku Skoczkiem.
Skoczek był bardzo niepozornym, nieśmiałym, ale dobrym chłopcem. Nie potrafił przejść obojętnie obok dziecka we łzach od razu pocieszał, za co często spotykała go reprymenda od matek, które nie chciały obok swych pociech takiego straszydła.
Dopiero później Staś dowiedział się, kto to ten Straszydło mama podarowała mu książkę o Dorotce, i wtedy zrozumiał, dlaczego tak na niego mówią.
A jednak się nie obraził. Pomyślał raczej, iż skoro czytali tę książkę, to wiedzą, iż Straszydło okazał się rozumnym i dobrym bohaterem, który pomagał wszystkim i na końcu został królem pięknego miasta.
Kaśka, której syn opowiedział o swych przemyśleniach, nie zamierzała go przekonywać. Pozwoliła, by myślał o ludziach lepiej, niż na to zasługiwali.
Wszak zła na świecie jest i tak mnóstwo, a jej syn zdąży się go jeszcze nasmakować. Dzieciństwo ma być radością
Syna Kaśka kochała bez granic. Wybaczyła jego ojcu pijackie wybryki i zdradę, przyjęła swój los zaraz po porodzie i ostro przygarnęła do serca noworodka, uciszając położną, która szeptała, iż coś ten chłopak jakiś dziwny.
Proszę nie wymyślać! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!
No, może i tak Ale mądry to on raczej nie będzie
Zobaczymy jeszcze! Kaśka gładziła policzek maleństwa i płakała.
Przez pierwsze dwa lata codziennie woziła Stasia po lekarzach. Dopraszała się uwagi dla syna, trzęsąc się w starym autosanie, mocno przytulając zawiniętego chłopca.
Chodziła nieczuła na pełne współczucia spojrzenia. Gdy ktoś próbował ją pouczyć, stawała się jak wilczyca:
Oddaj swoje do domu dziecka! Nie? No to zostaw moje w spokoju! Samą potrafię zadbać!
Do dwóch lat Staś nadgonił rówieśników trochę się zaokrąglił, przestał odstawać w rozwoju. Ale pięknisiem nigdy nie był. Wielka, lekko spłaszczona głowa, chude ręce i nogi i wiecznie za szczupła sylwetka, z którą Kaśka walczyła na wszelkie sposoby.
Oszczędzając na sobie, synowi dawała wszystko, co najlepsze. I to się odbiło na jego zdrowiu lepszym, niż lekarze przewidywali. Przestali się już o niego martwić, a jedno tylko kiwali głowami, patrząc, jak drobna jak elf kobieta przytula swojego Skoczka.
Takich matek, pani Kaśko, ze świecą szukać! Miało być źle, a tu proszę, chłopak jak malowany!
Tak, mój syn właśnie taki jest!
Ale i ty, Kasiu, powinnaś być z siebie dumna! chwaliły Kaśkę pielęgniarki.
Tylko ona sama nie wiedziała, za co miałaby dziękować. Czy matka nie powinna kochać dziecka i dbać o nie? Jaka w tym zasługa? Ona po prostu robiła to, co do niej należało.
Kiedy Staś miał iść do pierwszej klasy, już czytał, pisał i liczył, choć nieco się jąkał. I to stawało mu czasem na przeszkodzie.
Stasiu, wystarczy! Dziękuję! ucinała nauczycielka i podawała tekst do czytania innemu dziecku.
Narzekała potem w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec jest bystry i miły, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Ale długo nie popracowała wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przekazano innej nauczycielce.
Maria Iljinowna była już podstarzała, ale energii jej nie brakowało i dzieci kochała jak dawniej. Skoczka przejrzała od razu. Namówiła Kaśkę na wizytę u dobrego logopedy, a Skoczka prosiła, by oddawał prace głównie pisemnie.
Masz piękne pismo! Bardzo lubię je czytać!
Staś rozkwitał od tych pochwał, a Maria Iljinowna czytała głośno jego odpowiedzi, za każdym razem chwaląc zdolności chłopca.
Kaśka wylewała łzy wdzięczności, najchętniej całowałaby ręce nauczycielki, której dobroć spływała na jej syna. Ale Maria Iljinowna ucięła to krótko:
Niechże pani nie przesadza! To moja robota! A chłopak jest cudowny. Wszystko będzie dobrze!
Do szkoły Staś biegł podskakując, czym rozbawiał sąsiadów.
O, nasz Skoczek leci! I znów gniemy się na zmianę! No cóż, natura poskąpiła mu urody. Ale czemuż go nie zabrali?
Kaśka dobrze wiedziała, co o niej i synu mówi się na podwórku. ale nie lubiła się kłócić. Wierzyła, iż jeżeli człowiekowi brak serca, nie zmusi się go do dobrego zachowania.
I nie warto tracić czasu w rozważania o tym, dlaczego ludzie bywają tacy surowi. Lepiej poświęcić go na coś sensownego choćby zająć się domem albo zasadzić nowe róże pod oknem.
Wielki ogród, z klombami pod każdym oknem i małym sadem z tyłu domu, dzielono tylko niepisaną zasadą: każdy skrawek należy do tego mieszkania, którego ganek tam prowadzi.
Skrawek Kaśki był najpiękniejszy. Kwiaty róż i ogromny krzew bzu zdobiły ogródek, a schody z ganku Kaśka wyłożyła kawałkami płytek, które wytargała od dyrektora miejscowego domu kultury. Tam trwał remont, a Kaska uprosiła, by pozwolono jej zabrać te skarby.
Daj mi te płytki! powiedziała, wbijając się do gabinetu dyrektora.
Co takiego chcesz?
Te płytki! Oddaj mi!
Dyrektor tylko się zaśmiał, ale pozwolił. Kaśka pożyczyła więc taczkę od sąsiada i grzebała w hałdzie potłuczonych kafelków, wybierając odpowiednie fragmenty.
A później, dumna, przetoczyła tą taczkę przez pół wsi, a Skoczek dumnie siedział na jej wierzchu.
Po co jej ten śmieć? dziwiły się sąsiadki.
Ale po kilku tygodniach były w szoku, gdy zobaczyły, co Kaśka stworzyła z niepotrzebnych kawałków.
Nigdy nie była w muzeum ani za granicą. Nie widziała greckich fresków czy bizantyjskich świątyń. Ale jej wyczucie piękna podpowiedziało jej, jak zrobić cudo z tego, co dostała. I schody wyłożone kafelkami stały się prawdziwym dziełem sztuki chodziła je podziwiać cała wieś.
No, popatrz, ale majstersztyk
Kaśka nie zrażała się zdziwieniem innych. Najważniejszy był dla niej jeden komplement od syna:
Mamusiu, jak tu pięknie
Staś, siedząc na schodku, wodził palcem po kafelkach, a Kaśka znów się popłakała. Bo jej chłopczyk był szczęśliwy.
A powodów do szczęścia wiele nie miał. W szkole go pochwalili, albo mama przygotowała coś smacznego i przytuliła, mówiąc, jaki z niego mądry chłopak. I tyle.
Przyjaciół miał mało, bo nie mógł dogonić chłopaków biegających po boisku, zdecydowanie wolał czytanie niż piłkę. Dziewczynki nie chciały się z nim bawić szczególnie sąsiadka Klaudia ze swoimi trzema wnuczkami, Tereską, Martynką i Bożeną.
choćby mi się do nich nie zbliżaj! groziła Klaudia pięścią do Skoczka. Nie dla ciebie te dziewczyny!
Co się działo w jej głowie, nikt nie wiedział. Kaśka radziła synowi trzymać się z daleka od Klaudii i wnuczek.
Po co ją denerwować? Jeszcze się rozchoruje
Skoczek zgadzał się z mamą i naprawdę trzymał się z dala od sąsiadki. Tamtego dnia, gdy Klaudia szykowała wielką imprezę, Staś tylko przechodził obok, zupełnie nie zamierzając się bawić.
O grzechy moje ciężkie! powiedziała Klaudia, okrywając półmisek wyszywanym ręcznikiem. Jeszcze powiedzą, żem chciwa. Poczekaj!
Wybrała dwa pierogi i dogoniła chłopca.
Masz! Ale żebyś mi tu więcej się nie kręcił! Dziś święto, siedź cicho, aż wróci twoja matka z pracy! Zrozumiałeś?
Staś skinął głową, dziękując za pierogi. Ale Klaudia już nie zwracała na niego uwagi. niedługo zaczęli się zjeżdżać goście i czas było zasiadać, tymczasem ona wciąż nie skończyła gotowania. Urodziny najmłodszej i ukochanej wnuczki, Tereski, Klaudia chciała wyprawić z rozmachem. A syn sąsiadki, słabowity, wielkogłowy Skoczek, był jej nie na rękę!
Nie ma co straszyć dzieci takim wytrzeszczykiem! Jeszcze spać nie będą! Klaudia wspomniała, jak kilka lat wcześniej przekonywała Kaśkę, by porzuciła dziecko.
Po co ci, Kaśka, to dziecko? Co mu dasz? Zamarznie gdzieś pod parkanem!
Widziała mnie pani choć raz z wódką w ręku? Kaśka odcięła się zdecydowanie.
To nic nie znaczy! Z takiej biedy tylko jedna droga Tobie i jemu nic nie świeci! Po co się tak męczyć? Oddaj go, póki możesz!
I jeszcze czego! Jak pani nie wstyd! Przecież sama jest pani matką!
A ty mnie nie pouczaj! Sama dzieci wychowałam. Co swoim dasz? Nic! Przemyśl to sobie!
Od tamtej pory Kaśka przestała się z Klaudią witać. Przechodziła obok, dumnie niosąc nieforemny, duży brzuch i nie patrzyła w stronę sąsiadki.
Klaudia mruczała za nią pod nosem, iż przecież dla jej dobra tak mówi
Twoje dobro śmierdzi! odpowiadała Kaśka i głaskała brzuch, uspokajając małego Skoczka. Nie bój się, kochanie! Nie pozwolę cię skrzywdzić.
O tym, co naprawdę działo się przez osiem lat życia, Staś matce nie opowiadał. Żal jej było Gdy mocno go ktoś skrzywdził płakał gdzieś w kącie po cichu. Rozumiał, iż matka byłaby bardziej zmartwiona od niego. Obrażenia spływały po nim jak woda po kaczce. Świeże łzy zmywały przykrości już za pół godziny zapominał, kto i co powiedział, i żałował tylko dorosłych, którzy nie rozumieli tego, co najprostsze.
Bez żalu i złości żyje się lżej
Bać się Klaudii Staś już dawno przestał, ale nie lubił jej specjalnie. Gdy tylko groziła mu palcem lub rzucała ostre słowa, uciekał z podwórka, by nie słyszeć jej ostrych, raniących niczym brzytwa słów. A gdyby zapytała go, co myśli o tej sytuacji, bardzo by się zdziwiła.
Staś życzliwie jej współczuł. Z całego serca, jak tylko dziecko potrafi. Szkoda mu było tej kobiety, która marnowała chwile na gniew.
Chwile dla Stasia były najcenniejsze. Zrozumiał, iż nic cenniejszego nie istnieje. Wszystko można odzyskać lub naprawić. Tylko czasu nie.
Tik-tak! powie zegar.
I już chwili nie ma. Spróbuj ją schwytać! Zniknęła i nie da się jej wykupić za żadne pieniądze ani wymienić choćby za najpiękniejszy papierek po cukierku.
A dorośli tego nie rozumieli
Wdrapawszy się na parapet w swoim pokoju, Staś jadł pieróg i patrzył, jak na polance za domem biegają wnuczki Klaudii i inne dzieciaki, które przyszły świętować urodziny Tereski. Jubilatka latała jak motylek w różowej sukience, a Staś patrzył na nią z zachwytem, wyobrażając ją sobie jako wróżkę czy księżniczkę z bajki.
Dorośli świętowali, siedząc przy wielkim stole pod gankiem Klaudii, a dzieci pobiegły z piłką ku starej studni, bo tam była większa polana.
Staś, gdy tylko banda wybiegła na trawę, pobiegł do sypialni matki. Z okna tego pokoju wszystko było widać jak na dłoni. Długo oglądał grę, klaskał, cieszył się, aż zaczęło zmierzchać.
Jedne dzieci wracały do rodziców, inne wymyślały nową zabawę. Jedynie dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i to zwróciło uwagę Skoczka.
Wiedział, iż przy studni jest niebezpiecznie Kaśka nie raz ostrzegała go przed tym miejscem.
Tam zrąb zupełnie zgnił. Niby nikt nie korzysta, ale woda jest. Spadniesz przepadniesz, nikt nie usłyszy! Zrozumiałeś? Nie chodź tam, synku!
Nie będę!
Staś nie zauważył momentu, gdy Tereska się poślizgnęła i zniknęła z pola widzenia przy krawędzi studni. Zapatrzył się akurat na chłopaków zbitych w gromadkę, nie zauważył też, gdy zniknęła różowa plamka na trawie. Zamarł z przerażenia.
Tereski nie było na łące.
Wyskoczył na ganek, wystarczyła mu chwila, by dostrzec, iż i przy stole jubilatki brak
Czemu nie krzyczał o pomoc, nie wiedział potem. Zbiegł po schodach i pognał na podwórek tylny, choćby nie słysząc, jak Klaudia woła za nim z oburzeniem:
Powiedziałam, żebyś siedział w domu!
Dzieci biegały jak wiatr, nikt nie zainteresował się Tereską. choćby nie zauważyły jej nieobecności. Ani tego, iż Staś podbiegł do krawędzi studni i zobaczył coś jasnego na dnie.
Przytul się do ściany! krzyknął.
Obawiając się niechcący urazić Tereskę, położył się na krawędzi, zwiesił nogi i ostrożnie wślizgnął się w ciemność.
Staś skoczył do studni, bo wiedział, iż u Tereski liczy się każda minuta.
Nie umiała pływać
Słyszał o tym wiele razy, gdy latem pluskali się w stawie, a Klaudia narzekała i próbowała nauczyć wnuczkę, bez rezultatu.
Więc, gdy Tereska złapała się kurczowo za jego szyję, Staś objął ją jak nauczyła go mama:
Nie bój się! Jestem z tobą! Trzymaj się, a ja będę krzyczał!
Śliskie od mułu belki wyślizgiwały się z rąk, Tereskę ciągnęło na dno, ale Staś zdołał nabrać powietrza i krzyknąć tak głośno, jak tylko mógł:
Pomocy!
Nie wiedział, iż dzieciaki z polany uciekły tuż po tym, jak wpadł do studni. Nie wiedział, czy wystarczy mu sił, by dotrwać do czasu przyjścia dorosłych. Nie wiedział, czy ktokolwiek go usłyszy
Jedno wiedział mała, zabawna dziewczynka w różowej sukience musi żyć! Bo piękna i dobrych chwil w tym świecie niewiele.
Dopiero po chwili rozległ się alarm.
Klaudia, niosąc pieczoną gęś na wielkim półmisku, rozglądnęła się za wnuczką i zamarła:
Tereska! Gdzie Tereska?!
Goście, już podchmieleni, nie zrozumieli od razu. Dopiero Klaudia uderzyła półmiskiem o stół i zawyła tak, iż pospieszono się przy stole i pod domem rozbiegli się wszyscy.
A Skoczek jeszcze raz zdołał zawołać słabym głosem jedno słowo:
Mamo
I właśnie wtedy Kaśka, która wracała z pracy, przyśpieszyła kroku, zapominając choćby o pieczywie. Minęła sklep, nie pozdrowiła sąsiadek plotkujących na ławce. Przebiegła przez wieś, nie wątpiąc ani chwili, iż właśnie teraz należy się spieszyć.
Na podwórze wpadła w momencie, gdy Klaudia osunęła się na schodki jej ganku. Nie myśląc długo, pobiegła na tył domu, gdzie zwykle bawił się Staś. Usłyszała jego głos.
Jestem tu, synku!
Nie musiała zgadywać, skąd dochodzi głos. Od dawna bała się tej studni. Wielokrotnie prosiła sołtysa, by ją zasypano albo przynajmniej przykryto czymś lepszym niż zgniłą deską, ale nikt nie zadbał o bezpieczeństwo dzieci. Słaby płotek, co postawiła, nie mógł ich ochronić
Czasu na myślenie nie było. Kaśka pobiegła po sznur do bielizny, wybiegła na ganek i wrzasnęła:
Pomóżcie! Trzymać!
Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był dostatecznie trzeźwy, by zrozumieć, czego chce Kaśka. Zawiązał sznur, omotał ją i przytrzymał.
Tereskę wyciągnęła od razu. Dziewczynka przytuliła się i natychmiast zwiotczała. Kaśkę aż zatrzęsło z przerażenia.
Stasia, mimo wysiłków, w ciemnościach nie mogła namacać.
I wtedy zaczęła się modlić, jak przed laty w szpitalu, kiedy rodziła syna:
Boże! Nie zabieraj!
Szukała ręką we wodzie, coraz bardziej zrozpaczona. Coś śliskiego wpadło jej w dłoń. Szarpnęła i wyciągnęła syna, bała się choćby pomyśleć, czy oddycha. Krzyknęła:
Ciągnij!
I gdy wciągali ją na górę, usłyszała ciche, ochrypłe:
Mamo
Do wsi Staś wrócił po prawie dwóch tygodniach w szpitalu jak bohater.
Tereskę wypisano wcześniej tylko się przestraszyła i podrapała. Staś ucierpiał bardziej; złamane nadgarstek, trudności z oddychaniem, ale matka była obok, a strach za Tereskę minął, bo dziewczynka przychodziła z rodzicami w odwiedziny. Staś był szczęśliwy, iż wraca do domu do książek i ukochanego kota.
Boże, chłopaku złoty! Gdyby nie ty płakała Klaudia, obejmując opalonego Stasia. Wszystko ci dam, czego zechcesz!
Po co? wzruszył ramionami Staś. Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną?
Klaudia przytuliła go jeszcze raz, nie wiedząc, iż ten chudy, niezgrabny chłopak, który pozostanie Skoczkiem, kilka lat później poprowadzi sanitarkę pełną rannych przez pole ostrzału. A później, nie pytając, kto z której strony, zrobi wszystko, by bólu i strachu mniej było tym, którzy, jak on kiedyś, wołać będą: Mamo
I kiedy ktoś spyta, czemu to robi przecież nie tak go traktowali Skoczek odpowie krótko:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest słusznie.
***
Drodzy Czytelnicy!
Bo miłość matki nie zna granic.
Kaśka, mimo wszystkich trudności, kochała swego syna bez warunków. Jej oddanie i wiara pozwoliły Stasiowi dorosnąć na dobrego i mądrego człowieka. To najlepszy dowód niezwyciężonej siły miłości rodzicielskiej.
A prawdziwy bohater tkwi w duszy: Staś, choć nieładny, uratował życie Teresce, nie wahając się ani chwili. Jego czyn, nie wygląd, określił kim jest. Bo dobroć, odwaga i współczucie są prawdziwą wielkością.
Sąsiedzi musieli przyznać się do błędu i uznać ich wartość po bohaterskim czynie Skoczka. Ta opowieść udowadnia, iż uprzedzenia ustępują miejsca cnotom, a najwyższą lekcją jest umieć przebaczać, nie nosić urazy i czynić dobrze, choćby jeżeli samemu doświadczyło się krzywdy.
Skoczek powie: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Żyć trzeba. Tak jest dobrze!
Niech ta opowieść przypomina nam, iż człowieczeństwo i współczucie zawsze zwyciężają obojętność i złość, a prawdziwe piękno pochodzi z serca.
A Wy, drodzy Czytelnicy czy wierzycie, iż dobroć zawsze zatriumfuje i odmienia świat na lepsze? Czy doświadczyliście, iż pozory mylą, a wartość człowieka jest w duszy?






