Książka

28 lat później – Część 2: Świątynia kości
Mądra Żona: Opowieść o miłości, sile i mądrości w polskim stylu
Książkowe prezenty z okazji Dnia Babci i Dziadka
Spotkanie z Mariką Krajniewską: odkryj poezję w Wypożyczalni nr 69!
Letnie zasady, czyli jak babcia Nadzieja, dziadek Wiktor, Dania i Lera próbują pogodzić rodzinny dom na wsi, telefony, TikToka i wolność nastolatków – opowieść o kompromisach, domowych zasadach i letnich dialogach międzypokoleniowych nad kotletami, ogrodem i domowym ciastem jabłkowym
"Nigdy w życiu 2" ma szansę powstać! Film stara się o finansowe wsparcie
Międzynarodowy Festiwal Kryminału Wrocław 2026. Znamy datę 23. edycji wydarzenia
12 historii, które dowodzą, iż dobroć jest silniejsza niż ból
Bakcyl dżumy nigdy nie umiera
Jaki jest sekret szczęśliwych małżeństw?
Urodziwe, wolne i dzikie
Foldable iPhone Apple ma używać liquid metal i ulepszonego tytanu
Na te książki warto czekać. Wybrane zapowiedzi Wydawnictwa Marginesy na 2026 rok
Fani czekali na te wieści od miesięcy. Kolejne historie "Bridgertonów" w drodze
Synchronicity
Naprawdę kochamy książki! Akcja „Wrocław czyta” w specjalnym tramwaju miała powodzenie
Zmiany w Disneylandzie sugerują kanon Star Wars? Sequele odsunięte na bok
Sherlock Holmes. Zagadki i tajemnice detektywa
Do wygrania tom o wyjątkowym taksówkarzu [KONKURS]
Medale zimowych igrzysk 2026 zachwycają znaczeniem. Tak Włosi opowiedzieli historię zwycięstwa
"O 5 rano rozdzwoniły się telefony" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Cała trylogia za 25,90 zł zamiast 259 zł w PS Store. To trzy wybitne gry z Batmanem
Sergiusz Piasecki : Żywot człowieka rozbrojonego
Te książki będą bestsellerami w Polsce. W 2026 r. ukażą się powieści dwóch noblistek
Rural Decide Deliberations: 27–28 stycznia 2026 — dwa dni, w których wieś przechodzi od opowieści do decyzji
Nowe wieści o stanie zdrowia Adriana. Anita zabrała głos
Książka Ebook "Porzucone dziecko" Marcel Moss - recenzja
Michel Houellebecq wydaje nową płytę i niedługo ruszy w trasę koncertową
K.L. Slater: bestsellerowa autorka thrillerów psychologicznych o ludzkich sekretach
"W nieznane góry z babami?!..." O prekursorkach polskiego himalaizmu [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Rozpoznaj lektury po trzech hasłach! Quiz udowodni, czy je czytałeś
Wichrowe wzgórza - reżyserka adaptacji się tłumaczy. Brzmi to tak, jakby nakręciła fanfik
Henryk Worcell : Wpisani w Giewont
Nie takie bajki niewinne. Najlepsze filmy animowane dla dorosłych, które wiele osób zrozumie dopiero po 30.
Alicja w Krainie Czarów i Alicja po drugiej stronie lustra – książki wcale nie dla dzieci?
Jego książki do dziś uchodzą za bestsellery. "Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni"
– Idź stąd!!! Mówię ci – idź! Co się tutaj szwendasz?! — Klaudia Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią duży półmisek z gorącymi pierogami i popchnęła sąsiadującego chłopaczka. — No już, zmykaj stąd! Kiedy twoja matka w końcu zacznie cię pilnować?! Leniuszku! Chudy jak tyczka Saniok, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy dawno przywykli do jego przezwiska, spojrzał na srogą sąsiadkę i powlókł się do swojego ganku. Ogromny dom podzielony na kilka mieszkań był zamieszkany tylko częściowo. Tak naprawdę mieszkały tu dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Semenowie oraz Karpenkowie — Kasia z Saniokiem. Ci ostatni byli właśnie tą “połówką”, której zbytnio nie poważano i woleli ignorować, chyba iż nadarzyła się pilna potrzeba. Kasia nie była uważana za istotną osobę, więc szkoda było na nią czasu. Poza synem Kasia nie miała nikogo. Ani męża, ani rodziców. Radziła sobie sama jak umiała. Patrzono na nią krzywo, ale zbytnio nie dokuczano, chyba iż sporadycznie przeganiano Sanioka, którego nazywano “Konikiem” przez jego chude, długie ręce i nogi oraz dużą głowę nie wiadomo jak utrzymującą się na cienkiej szyi. Konik był okrutnie niepozorny, lękliwy, ale bardzo dobry. Nie mógł przejść obojętnie obok płaczącego dziecka, od razu rzucał się, by pocieszać — za co matki często dawały mu burę, bo nie chciały tolerować “straszydła” w pobliżu swoich pociech. Kim jest Straszydło, Saniok przez długi czas nie wiedział. Ale później mama podarowała mu książkę o dziewczynce Elżbietce i wtedy zrozumiał, czemu tak go nazywają. Nie zamierzał się jednak obrażać. Saniok uznał, iż ci, którzy go tak wołają, czytali też tę książkę, a zatem wiedzą, iż Straszydło było mądre i dobre, każdemu pomagało, a potem zostało władcą przepięknego miasta. Kasia, której syn podzielił się swoimi spostrzeżeniami, nie zamierzała mu tego wyprowadzać z głowy. Uważała, iż nie ma w tym nic złego, jeżeli chłopczyk będzie myślał o ludziach lepiej, niż są w rzeczywistości. Bo zła na świecie i tak jest już pod dostatkiem, a jej syn i tak zdąży się nadeń napatrzyć. Choć dzieciństwo niech będzie szczęśliwe… Syna Kasia kochała bezgranicznie. Darowała ojcu Sanioka jego nierozwagę i zdradę, swoją dolę wzięła na ręce już w szpitalu i natychmiast odpyskowała położnej, która mruknęła, iż “coś z tym chłopcem nie tak”. — Niech pani nie wymyśla! To jest najpiękniejsze dziecko na świecie! — Kto się spiera?! Mądry? No, tego raczej nie osiągnie… — A to jeszcze zobaczymy! — Kasia głaskała buzię synka i płakała. Pierwsze dwa lata bez przerwy ciągała Sanioka po lekarzach. W końcu dopięła swego – zajęto się nim poważnie. Jeździła autobusami do miasta, mocno przyciskając grubą warstwą otulonego synka. Nie zwracała uwagi na litościwe spojrzenia, a jeżeli ktoś próbował ją uspokajać lub udzielać rad, zmieniała się w wilczycę: — Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To mi nie doradzaj! Sama wiem, co robić! Do ukończenia dwóch lat Saniok wyrównał, przybrał na wadze i nie różnił się rozwojem od innych. Piękny nie był – duża, lekko spłaszczona głowa, chudziutkie rączki i nóżki, z chudobą, z którą Kasia walczyła, czym mogła. Sobie wszystkiego odmawiała, byle synek miał wszystko, co najlepsze. To musiało wpłynąć na jego zdrowie. Mimo wyglądu Saniok przestał niepokoić lekarzy, którzy, widząc jak krucha jak elf Kasia tuli swojego Konika, tylko kręcili głowami. — Takie matki to na palcach policzyć! Dziecku groziła niepełnosprawność, a teraz — patrzcie na niego! Bohater! Mądrala prawdziwy! — Tak! Mój synek właśnie taki jest! — My nie o chłopcu! O tobie, Kasiu! Zdolniacha! Kasia wzruszała ramionami, nie rozumiejąc, za co ją chwalą. Czy matka nie powinna kochać swego dziecka i się nim zajmować? Gdzie tu zasługa? Tak powinno być. Gdy przyszła pora na pierwszy dzwonek, Saniok czytał, pisał, liczył, choć trochę się jąkał. To przesłaniało jego talenty. — Saniok, wystarczy! Dziękuję! — przerywała nauczycielka, dając fragment komuś innemu do odczytania. Potem narzekała w pokoju nauczycielskim, iż chłopiec jest świetny, ale nie da się go słuchać przy tablicy. Na szczęście była tylko dwa lata, wyszła za mąż i zniknęła, a klasa Sanioka przypadła innej nauczycielce. Maria Iljinowa była już w latach, ale kochała dzieci jak dawniej. Co do Konika zorientowała się szybko. Porozmawiała z Kasią, skierowała ją do dobrego logopedy, a Konika poprosiła o zadania pisemne. — Pięknie piszesz, aż przyjemność czytać! Konik pączniał z radości, a Maria Iljinowa czytała jego odpowiedzi głośno, podkreślając, jakiego ma utalentowanego ucznia. Kasia płakała z wdzięczności i miała ochotę całować nauczycielkę po rękach, ale ta od razu zabroniła jakichkolwiek podziękowań: — Czy pani zwariowała? To moja praca! A chłopiec cudowny! Wszystko będzie dobrze — zobaczycie! Do szkoły Saniok biegł podskakując, co bardzo bawiło sąsiadów. — O, nasz Konik pogalopował! I nam pora do zmiany! Boże, tak natura pokarała… Po co go zostawiła? Co ludzie sądzą o niej i synu, Kasia wiedziała. Ale kłócić się nie lubiła i uważała, że, skoro Bóg nie dał komuś serca, nie zmusisz do dobroci. Nie ma co czasu tracić na myślenie dlaczego są tacy, lepiej pożytecznie zająć się domem lub posadzić kolejną różę przy ganku. Ich podwórko z rabatami pod każdym oknem i własnym mini sadem za domem nikt nie chciał grodzić — niepisana zasada mówiła, iż „placyk” przy ganku to teren danego mieszkania. Placyk Kasi był najpiękniejszy. Rosły tu róże, duży krzak bzu, schodki wyłożone kawałkami płytek, które Kasia wybłagała u dyrektora domu kultury w czasie remontu. — Oddajcie mi to! — wpadła do gabinetu. — Co mam ci oddać? — zaskoczył się dyrektor. — Tę płytkę! Dajcie! Z jej życzenia się śmiano, oprócz pozwolenia — nic nie dostała. Kasia, zdobywszy taczkę od sąsiadów, grzebała do późnego wieczora w tych płytkach szukając pasujących kawałków. Potem, pchając przed sobą taczkę z dumnym Konikiem, przeszła przez całe osiedle. — Po co jej te śmieci? — dziwiły się sąsiadki. Ale za kilka tygodni oniemiały, widząc jaką mozaikę ułożyła z odrzuconych skarbów. Ona nigdy nie była w muzeach ani za granicą. Nie widziała greckich fresków czy bizantyjskiej potęgi świątyń. Jednak jej gust trafnie podpowiedział, co z tym zrobić. Schodki stały się małym dziełem sztuki, na które przychodziło całe osiedle. — Zobacz tylko! Arcydzieło… A Kasia nie zwracała na to uwagi. Najważniejszy był dla niej zachwyt syna: — Mamusiu, jak ślicznie… Saniok siadał na schodkach, przesuwał palcem po mozaice i promieniał. A Kasia znów płakała — był wtedy taki szczęśliwy… A powodów do szczęścia wcale nie miał wiele w życiu. Raz w szkole go pochwalą, raz mama upiecze coś smacznego i przytuli, szepcząc iż jest mądry i dobry. To wszystkie radości. Przyjaciół Konik nie miał prawie wcale, bo za chłopakami nie nadążał, a czytać lubił bardziej niż ganiać za piłką. Dziewczynki trzymały się z daleka. Najbardziej pilnowała sąsiadka Klaudia, która miała trzy wnuczki: pięcioletnią, siedmioletnią i dwunastoletnią. — Ani się waż do nich zbliżać! — groziła pięścią. — Nie dla ciebie te jagódki! Co siedziało w jej zakręconej ondulacją głowie, było tajemnicą, ale Kasia przykazała Saniokowi trzymać się Klaudii i jej wnuczek z daleka. — Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje… Konik się zgodził i choćby przypadkiem nie podchodził pod dom Klaudii. choćby tamtego dnia, gdy szykowała się do święta, przechodził po prostu obok i nie miał zamiaru się bawić. — O, moje grzechy ciężkie! — westchnęła Klaudia, przykrywając półmisek pierogów haftowanym ręcznikiem. — Powiedzą, iż jestem skąpa! Zaczekaj! Wybrała parę pierogów i dogoniła chłopca. — Trzymaj! I żebym cię we dworze nie widziała! Mamy święto! Siedź u siebie cicho, aż matka wróci z pracy! Zrozumiano? Saniok kiwnął głową i podziękował, Klaudii jednak było już wszystko jedno. Zaraz mieli się zjechać goście, rodzina, dzieci, wnuki — szykowała się uczta na urodziny ulubionej Swietłanki. I syn sąsiadki, cherlawy, wielkogłowy Saniok-konik, był jej tu całkiem niepotrzebny! Nie ma co dzieci straszyć tym wyłupiastym! Nie będą potem spały! Westchnęła, wspominając, jak odradzała sąsiadce to dziecko. — Po co ci, Kasiu, dziecko?! Nie dasz sobie rady. Spije się i zamarznie pod płotem! — Widzieli mnie państwo z kieliszkiem?! — Kasia nie dawała się zagiąć. — To nic nie znaczy! Z twojej biedy tylko jeden kierunek! Nie miałaś od rodziców wsparcia i twoje dziecko nie będzie miało nic! Nie nauczyli cię być matką! Po co twojemu dziecku cierpieć? Pozbądź się go, póki czas! — Co pani jeszcze wymyśli?! Naprawdę nie wstyd?! Sama jest pani matką! — Mnie się nie wstydź! Sama dałam życie moim dzieciom i wychowałam. Co ty jemu dasz? Nic! Przemyśl to! Kasia po tej rozmowie przestała z nią się witać. Przechadzała się dumnie z dużym, pokracznym brzuchem, choćby nie spoglądając w stronę sąsiadki. — Czego się złościsz, głupia? Chcę ci dobrze! — kręciła głową Klaudia. — Twoje dobro mi śmierdzi! Mam toksykozę! — odcinała się Kasia, głaszcząc brzuch. — Nie bój się, malutki! Nie pozwolę cię skrzywdzić! Jak naprawdę Konika krzywdzono przez osiem lat życia, nigdy matce się nie zwierzał. Oszczędzał ją. jeżeli był mocno obrażony — płakał po cichu w kącie, ale nie skarżył się. Wiedział, iż mama by się trudniej przejęła niż on. Złość spływała z Sanika jak woda z kaczki. Po pół godzinie nie pamiętał, kto i co powiedział, a żal miał tylko do dziwnych dorosłych, co nie rozumieli prostych rzeczy: Bez złości i urazów żyje się dużo lżej… Klaudii Matwiejewnej Saniok dawno się przestał bać, choć też jej nie lubił. Gdy groziła mu palcem i mówiła coś przykrego, uciekał jak najdalej, by nie widzieć jej gniewnych oczu i nie słyszeć ostrych słów, którymi go raczyła. A gdyby zapytała, co o tym wszystkim sądzi, byłaby bardzo zaskoczona — Saniok jej współczuł. Naprawdę. Tak, jak potrafił tylko on. Było mu szkoda kobiety, która marnowała swoje chwile na złość. Chwile Saniok cenił najbardziej na świecie. Dawno już zrozumiał, iż nic cenniejszego nie ma i być nie może. Wszystko można odzyskać, naprawić — ale nie czas. — Tik-tak! — powie zegar. I już… Nie ma chwili! Chwytaj – nie złapiesz! Przeminęła… Nie odzyskasz jej! Nie kupisz za żadne pieniądze i nie zamienisz na najpiękniejszy papier od cukierka. Ale dorośli tego nie rozumieli… Siedząc na parapecie w swoim pokoju, Saniok jadł pieróg i patrzył, jak na polanie za domem biegają wnuczki Klaudii i inne dzieci, które przyszły, by świętować urodziny Swietłanki. Solenizantka wirowała niczym kolorowy motylek w różowej sukience, a Saniok wpatrywał się w nią, wyobrażając ją sobie jako księżniczkę lub wróżkę z bajki. Dorośli bawili się, siedząc za dużym stołem obok ganku Klaudii, dzieci po chwili pobiegły grać w piłkę na większą polanę przy starej studni. Saniok, odgadując cel wycieczki, pobiegł do mamy do sypialni — z okna widać było polanę jak na dłoni. Długo obserwował grę, bijąc brawo tym, co biegali za piłką, aż się zaczęło zmierzchać. Ktoś z dzieci się zmęczył i poszedł do rodziców, ktoś zaczął inną zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience kręciła się przy starej studni i to przyciągnęło uwagę Konika. O tym, iż przy studni bywa niebezpiecznie, wiedział dobrze. Kasia nie raz i nie dwa ostrzegała — nie podchodzić, bo obudowa zbutwiała, a choć nikt nie korzysta z tej studni, to woda tam jest. Wpadniesz — przepadniesz! Nie podchodź! — Nie będę mamusiu! Moment, gdy Swietłanka poślizgnęła się na skraju i zniknęła mu z oczu, Saniok przegapił zagapiony na chłopców coś omawiających. Rozejrzawszy się za różowym punkcikiem zamarł — Swietłanki na polance nie było… Saniok wybiegł na ganek. Wystarczyła mu chwila, by zrozumieć – dziecięcia przy stole nie ma… Czemu nie zawołał o pomoc, później nie potrafił odpowiedzieć. Zbiegł ze schodów i pędem pognał na podwórko, nie słysząc krzyku Klaudii: — Komu powiedziałam siedzieć w domu?! Dzieci ganiające po polance nie zwracały na Swietłankę uwagi. Nie zorientowały się, ani iż jej nie ma, ani iż Saniok podszedł do studni, dojrzał coś jasnego na dnie i zawołał: — Przylegnij do ścianki! Żeby jej nie zahaczyć, położył się na obudowie, zwiesił nogi i, ocierając się brzuchem o zbutwiałe deski, zanurzył się w ciemności. Do studni skoczył, wiedząc, iż czas idzie na minuty. Pływać Swietłanka nie umiała… To Saniok pamiętał, bo córka Klaudii nigdy nie nauczyła się pływać, choć babka próbowała i skrzyczała Konika na lokalnej plaży. Złapała się rozpaczliwie jego chudych ramion… — Nie bój się, jestem z tobą! — przytulił Swietłankę za szyję, jak uczyła mama. — Trzymaj się, a ja będę krzyczał! Ręce ślizgające się po oślizgłych bali, Swietę ciągnęło w dół, ale zdołał nabrać powietrza i zawyć tak głośno, jak umiał: — Pomocy! Nie wiedział, iż dzieci niemal od razu uciekły z polany, gdy ciemna woda przyjęła go do środka. Nie wiedział, czy starczy mu sił, by wytrwać aż dorośli przybiegną. Nie wiedział, czy ktoś go w ogóle usłyszy… Wiedział tylko jedno: to małe, śmieszne dziewczątko w różowej sukience musi żyć! Bo piękna na świecie, jak i chwil, jest bardzo mało. Jego wołania nie usłyszano od razu. Klaudia, wynosząc gęś, rozglądała się za wnuczką — i zamarła: — Swietłanka gdzie?! Goście, po kielichu, nie zrozumieli od razu, czego chce gospodyni, która huknęła gęsią o stół i wrzasnęła tak rozpaczliwie, iż wystraszyła nie tylko biesiadników, ale też przechodniów. A Konik zdołał jeszcze raz, słabnąc, zawołać słowo, które musiano usłyszeć: — Mamo… Kasia, śpiesząc z pracy do domu, przyspieszyła kroku, zapominając o pieczywie i o sąsiadkach pod sklepem. Wbiegła na podwórze w tej samej chwili, gdy Klaudia osunęła się na schodki ganku. Nie analizując co się dzieje, Kasia ruszyła na tył domu, gdzie zwykle bawił się Konik – usłyszała głos syna. — Tu jestem, synku! Nie musiała zgadywać — stara studnia od zawsze ją przerażała, nie raz prosiła, by ją zasypać albo ogrodzić. Jej stary, lichy płotek nie chronił nikogo… Nikt nie dbał o tę studnię oprócz Kasi. Nie było czasu w myślenie. Kasia pobiegła do domu, złapała sznur do bielizny, wybiegła na ganek, krzycząc: — Za mną! Łapcie! Na szczęście jeden z zięciów Klaudii był na tyle trzeźwy, by zrozumieć — gwałtownie zrobił mocny węzeł, obwiązał nią drobną Kasię: — Drz cię! Ja trzymam! Swietłankę Kasia wyłowiła od razu. Dziewczynka przytuliła się do niej i zwiotczała, a Kasia zadrżała z przerażenia. Sanioka w ciemnościach długo nie mogła znaleźć… Wtedy zaczęła błagać, jak niegdyś w szpitalu podczas porodu: — Boże, nie zabieraj! Nie mogąc złapać oddechu, chwytała ręką pod wodą. Czuła, iż każda chwila ją bije strachem, ale nie mogła przestać. — Proszę, proszę… Coś śliskiego dotknęło jej dłoni. Szarpnęła i wyciągnęła syna, bojąc się pomyśleć, czy żyje. Krzyknęła: — Ciągnij! Już podnosząc się nad wodę usłyszała ciche, zachrypnięte: — Mamo… Po dwóch tygodniach w miejskim szpitalu Saniok wrócił do wsi bohaterem. Swietłankę wypisali trochę szybciej. Przestraszyła się i podrapała, ale nic jej nie było poza porwaną sukienką. Saniok miał złamany nadgarstek, problemy z oddychaniem, ale mama była obok, strach o Swietłankę minął, odwiedzała go z rodzicami. Saniok cieszył się, iż wróci do domu, książek i ukochanego kota. — Chłopczyku, mój skarbie! Boże, gdyby nie ty… — płakała Klaudia, tuląc Sanioka. — Ja ci… wszystko, co zechcesz! — Po co? — wzruszył chudymi ramionami. — Zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną? Klaudia nie znalazła słów i znów go tuliła, nie wiedząc jeszcze, iż ten chudy, koślawy Konik za kilka lat pod ostrzałem wyprowadzi wozem opancerzonym rannych, a potem zrobi wszystko, by ulżyć tym, którzy tak jak kiedyś on sami będą wołać: mama… A na pytanie, czemu to robi, skoro go traktowano inaczej, Konik odpowie: — Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak należy! *** Drodzy Czytelnicy! Bo matczyna miłość naprawdę nie zna granic. Katarzyna, mimo łez, trudów i osamotnienia, kochała syna bezgranicznie. Jej oddanie i wiara w niego pozwoliły mu wyrosnąć na dobrego i mądrego człowieka. To przypomina o niezwyciężonej sile rodzicielskiej miłości. Prawdziwy bohater jest w duszy: Saniok, “nieatrakcyjny” z pozoru, stał się bohaterem, gdy bez wahania ruszył ratować dziewczynkę. Ten czyn, nie wygląd, zdefiniował jego istotę. Dobra, odwaga i współczucie są prawdziwym dowodem wielkości. Sąsiedzi, którzy gardzili Kasią i jej synem, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Sanioka. Historia pokazuje, iż uprzedzenia znikają w obliczu prawdziwych cnót, a najwyższa lekcja to umieć wybaczać, nie nosić urazy i czynić dobrze mimo doznanych krzywd. Jak powiedział Saniok: “Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak należy!” Ta opowieść zachęca, by pamiętać: człowieczeństwo i empatia zawsze zwyciężają obojętność i gniew, a prawdziwe piękno płynie z wnętrza. Zastanówcie się: Czy wierzycie, iż dobroć, mimo wszystko, zawsze znajdzie drogę i zmieni świat na lepsze? Jakie wydarzenia z waszego życia potwierdzają, iż pozory mylą, a prawdziwe bogactwo tkwi w duszy?
Nerwowa atmosfera w "Akacjowej 38". Olga nie pozostaje obojętna
15 sytuacji, kiedy parę chwil życzliwości zostawiło ślad na całe życie
Cykl: Wiedźmin Geralt z Rivii # 4: Czas pogardy
"Nigdy w życiu 2" powstanie? Powieść już w drodze, a co z filmem?
Czytałaś "Anię z Zielonego Wzgórza"? Spróbuj zdobyć komplet w tym quizie
Mały serial bez gwiazd podbija świat. Aktor przyznaje: nie mógłby powstać w Hollywood
O czym milczą wyznawcy Jehowy?
Toskańskie opowieści: Karolina Iskierka i Paweł Sierszeń w Mediatece
Błyskotliwy kryminał już na Netfliksie. Polacy obejrzą z zapartym tchem
Łowca książek i tajemnica Dziewięciu Wrót
Świetnie, iż odkrywamy kolejne zapomniane artystki. Tylko co z artystkami żywymi?
Oto gorące ZDJĘCIA Dominiki Tajner GALERIA! Czy Dominika napisze książkę o Michale Wiśniewskim? 15.01.2026
Ziemia skuta lodem. Recenzja książki „Osada”